Kilka moich pasji ekonomicznych i komputerowych - notatki do dyskusji internetowych.
czwartek, 19 marca 2015
Wyganianie łowiec
Wiara skutkowała tym, że każdy student SGPiS musiał zaliczyć ekonomię polityczną kapitalizmu na pierwszym, a ekonomię socjalizmu na drugim roku – tę drugą osładzał nam zresztą przeuroczy, uwielbiany przez studentów prof. Bronisław Minc, brat Hilarego. Był to rytuał, od którego nie było odstępstw, a który przypominał program szkoły dla juhasów ze starego dowcipu – były tam trzy przedmioty: wyganianie łowiec, zaganianie łowiec, język rosyjski.
SGPiS ukończyłem ładnych kilka lat przed szczęśliwym upadkiem tamtego ustroju, więc nie załapałem się na uczelni na prawdziwą ekonomię, która jak świat światem składa się z mikroekonomii i makroekonomii. W tamtych czasach można było przeczytać – co naturalnie zrobiłem w domowym zaciszu – przetłumaczoną na polski „Makroekonomię” Paula Samuelsona, która dawała jakiś obraz dominującego w tamtych czasach na Zachodzie keynesizmu. Dopiero jednak w chwili politycznego przełomu młodzi naukowcy rzucili się do tłumaczenia popularnych na świecie zachodnich podręczników mikro- i makroekonomii, a potem i samodzielnego pisania, czego skutkiem jest to, że dzisiaj dysponujemy pełną półką renomowanych tytułów, zarówno na poziomie akademickim, jak i szkolnym, bo przecież prawdziwa ekonomia jest nauczana także w liceach czy technikach ekonomicznych.
Niestety, wiedza ekonomiczna omija sporą część reprezentantów narodu. Któryś z mądrych komentatorów życia politycznego stwierdził wprost, że parlament powinien się składać w połowie z ekonomistów, a w połowie z prawników. W ślad za moim mistrzem dziennikarstwa naukowego, Bogdanem Misiem, byłbym skłonny przyjąć tezę, że 10-20 procent posłów powinno mieć wykształcenie matematyczne, które najwszechstronniej rozwija intelekt. Nie krusząc jednak kopii o udziały, nietrudno stwierdzić, że poziom kluczowej dla życia kraju wiedzy ekonomicznej i prawniczej jest w Sejmie zatrważająco niski. Niemal codziennie zdarza nam się słyszeć w mediach komentarze posłów na tematy ekonomiczne, od których cierpnie skóra i stają włosy. Ekspertce ekonomicznej pewnej partii zdarzało się pomylić deficyt z długiem, a inni posłowie gotowi byli złożyć wniosek o refinansowanie kierowcom przez budżet państwa wzrostu cen benzyny spowodowanego wzrostem cen światowych. Dyskusje plenarne na tematy ekonomiczne (te przed kamerami, nie w zaciszu sal komisji sejmowych) to nierzadko potoki pustosłowia i żywy przejaw wyższości formy nad treścią. Tym bardziej kwiecistej, im bliżej jakiegoś wyborczego sprawdzianu.
Zastanawiam się, czy rozwiązaniem nie byłoby przyjęcie w Sejmie cenzusu wykształcenia – wybrani do parlamentu posłowie musieliby pod rygorem unieważnienia mandatu zdać egzamin państwowy z czegoś, co wzorem pewnego starego podręcznika z prawa nazwałbym „encyklopedią prawa” i „encyklopedią ekonomii”. Byłby to funkcjonalny zrąb niezbędnej wiedzy ekonomicznej i prawniczej pozwalający przede wszystkim poznać siatkę pojęć i terminów oraz rozumieć relacje między nimi i zachodzące zjawiska – używając komputerowego żargonu, read-only. Egzamin taki brutalnie odsiewałby osoby zajmujące ławy sejmowe jedynie z miłości do apanaży i wygodnego życia, których jedyną kwalifikacją jest znajomość z szefem lub szefową własnego ugrupowania politycznego lub też majętność będąca źródłem partyjnych funduszy. Te kilkaset milionów łożonych przez społeczeństwo na utrzymanie swoich reprezentantów w pełni uzasadnia wymagania wobec nich. To wiedza ekonomiczna i prawna, a nie umiejętność trafienia w przycisk do głosowania, jest fundamentem dobrego stanowienia prawa.
sobota, 21 września 2013
Spadek wzrostu to nie spadek
Temat wpisu może się wydawać całkowicie banalny i pasujący do poziomu wiedzy gimnazjalistów, jednak okazuje się, że są sprawy, które trzeba nieustannie tłumaczyć nawet bardziej dojrzałym ludziom. Adresuję go zatem do trzech grup osób, które zaskakująco często popełniają pewien charakterystyczny błąd w ocenie sytuacji gospodarczej - polityków, dziennikarzy i uczestników dyskusji internetowych. Błędem tym jest utożsamianie spadku tempa wzrostu gospodarki ze spadkiem, z recesją.
Przyjmijmy, że gospodarka rozwija się w roku 2010 w tempie 3% i rośnie z poziomu 1000 na 1030 mld talarów. W 2011 roku tempo wzrostu spada do 2% i gospodarka rośnie teraz z poziomu 1030 do poziomu 1050,6 mld talarów. I w tym momencie pojawia się ów błąd. Otóż wiele osób uważa, że spadek tempa wzrostu z 3 do 2% jest spadkiem gospodarki i gotowe są rozgłaszać, że gospodarka jest w recesji, co jest oczywistym błędem. Gospodarka dalej się rozwija, a tylko w nieco wolniejszym tempie. Spadłaby dopiero wtedy, gdyby tempo wzrostu było ujemne, a więc gdyby na przykład w 2012 roku wyniosło -1%, zaś gospodarka spadła do poziomu 1040,1 mld talarów.
Ten błąd popełniają niedouczeni posłowie, liczni uczestnicy dyskusji internetowych sprzyjający tej czy innej partii, a nawet, o zgrozo, dziennikarze, którzy powinni mieć elementarną znajomość ekonomii i rachunków, bo ich słowo z natury rozchodzi się szeroko.
Aby unaocznić, co dzieje się przy rozmaitych wielkościach tempa wzrostu, pokażmy fikcyjną gospodarkę w okresie 1990-2012 - odpowiada ona rzeczywistemu wzrostowi wielu europejskich państw. W roku 1990 ma PKB o wielkości 1000 jednostek, w 1991 roku rośnie o 2,3% i osiąga 1023 jednostki. W całym okresie odnotowuje 4 lata ujemnego wzrostu gospodarczego (to te komórki z czerwonym podlewem, lata 1998, 1999, 2007 i 2008), a wtedy PKB spada. W tabeli wielokrotnie się zdarza natomiast, że tempo wzrostu - choć ciągle dodatnie - jest mniejsze niż w roku poprzednim. Przykładowo w roku 1995 (2,9%) jest mniejsze niż w 1994 (4,2%), ale naturalnie gospodarka ciągle rośnie, choć właśnie ci niedouczeni gotowi są opowiadać, że spada.
A teraz tabela:
I odpowiadający tabeli wykres, w którym lata ujemnego wzrostu i rzeczywistego spadku są zaznaczone czerwonym kolorem:
Wyjaśnianie tak oczywistych, wydawałoby się, spraw może się wydać zbędne, ale ogląd telewizji i Internetu pokazuje, że ciągle wiele osób myli spadek wzrostu ze spadkiem, podczas gdy gospodarka ciągle rośnie, tyle że nieco wolniej niż poprzednio. Gospodarka będzie spadać jedynie wtedy, gdy tempo wzrostu będzie ujemne. To właśnie “czerwone” lata w tabeli i na wykresie.
poniedziałek, 22 lipca 2013
GeoGebra w ekonomii - równowaga rynku
http://www.youtube.com/watch?v=iVo1qffy_6k