wtorek, 8 października 2013

Ojczyzna Europa

Dziennik “Rzeczpospolita” opublikował 7 października 2013 r. artykuł Wyjechali, już tu nie wrócą, w którym w dość alarmistycznym tonie przedstawiał stan polskiej emigracji, zrównując go nieomal z upustem krwi. Zarzucił również GUS-owi ukrywanie danych, które mają być tak niekorzystne dla Polski i rządu, że GUS zdecydował się na ich wstrzymanie z obawy przed niekorzystnym wpływem na warszawskie referendum w sprawie odwołania prezydent miasta Hanny Gronkiewicz-Waltz. GUS odpowiedział na te zarzuty publikując jednocześnie dane (arkusz Excela), po czym autor artykułu w Rzeczpospolitej podtrzymał je w kolejnym artykule, GUS potwierdza i obraża.

Każdy może obejrzeć dane w linkowanym arkuszu Excela, niemniej zamieszczamy zrzut ekranowy z publikacji GUS (kliknij, aby powiększyć):

image

Na podstawie tych danych sporządziłem dodatkowo wykres, który bardziej obrazowo ilustruje dynamikę strumieni emigracyjnych i bieżący stan naszej emigracji w Europie i na świecie. Wykres pokazuje poszczególne lata od 2002 roku, przy czym NSP oznacza tu Narodowy Spis Powszechny.

image

Nie wdając się w polityczne uwarunkowania stanowiska obu stron (GUS i raczej antyrządowa gazeta), zwróćmy przede wszystkim uwagę na fakty.

W pierwszej kolejności trzeba zauważyć, że liczba emigrantów w zasadzie już nie rośnie. Po 2004 roku zwiększała się szybko na skutek naszego wejścia do UE, po czym, osiągnąwszy po trzech latach liczbę ponad 2 mln, od sześciu lat pozostaje mniej więcej na stałym poziomie, nie osiągnąwszy jednak wielkości kulminacyjnych z okresu 2007-2008. To naturalnie zasób (w sensie matematycznym - stan w danym punkcie czasowym) zmienny, stale się odnawiający - część stanowią osoby trwające tam przez lata, niektórzy wracają do kraju, a na ich miejsce przyjeżdżają nowe osoby. Tylko demografowie uzbrojeni w odpowiednie narzędzia badawcze byliby w stanie prognozować, czy wielkość emigracji będzie się zmieniać (np. zwiększać), aczkolwiek można chyba zaryzykować hipotezę, że o ile nie pojawi się jakiś kataklizm ekonomiczny, emigracja nie będzie się powiększać, że osiągnęła swój naturalny poziom, biorąc pod uwagę uwarunkowania ekonomiczne, społeczne i psychologiczne. To nie 19-wieczna Irlandia, gdzie zaraza ziemniaczana spowodowała straszliwy głód i masową emigrację do Ameryki.

Można zauważyć, że mamy tu do czynienia z dwiema filozofiami warunkującymi postawę dwóch stron konfliktu politycznego w Polsce. Stronnicy Prawa i Sprawiedliwości (szerzej, prawicy) uważają z przyczyn ideologicznych, iż Polacy powinni żyć i pracować w Polsce, a każdy tysiąc emigrantów to zbędny upust krwi, podczas gdy liberalna część społeczeństwa wychodzi z założenia, że to naturalny objaw wolności, jakimi cieszą się dziś Polacy, zwłaszcza wolności politycznych i ekonomicznych w Unii Europejskiej.

Rynkiem pracy jest dzisiaj Europa, nie pojedynczy kraj, a choć polska gospodarka z przyczyn strukturalnych wytwarza od ćwierć wieku zbyt mało miejsc pracy (szybki rozwój ekonomiczny - 242% od 1991 roku - jest osiągany dzięki zdecydowanej poprawie ilości i jakości trwałych środków pracy oraz organizacji i zarządzania, a nie dzięki sile roboczej) i nie jest to zjawisko w pełni korzystne, to europejski rynek pracy absorbuje po prostu nadwyżki pracowników. Trudno to uznawać za kataklizm - kiedyś ruchy pracowników miały miejsce między regionami kraju, dzisiaj między euroregionami. Czy ktoś pracuje w Warszawie lub Krakowie, czy też w Berlinie lub Londynie (inne miasta w ramach tego samego Eurolandu), jest w zasadzie obojętne i nie należy podnosić z tego tytułu alarmu.

Oczywistą korzyścią z emigracji - poza absorbcją bezrobotnych pracowników - jest to, że emigranci utrzymują swoje rodziny w kraju (w 2012 roku 17,4 mld zł przysłanych dla rodzin), a także zyskują dodatkowe kwalifikacje, poznając język i odmienne techniki, technologie i organizację pracy. Nawet jeśli część z nich nie zdecyduje się na powrót do kraju, to pozostali zasilą w którymś momencie swoim kapitałem i umiejętnościami polską gospodarkę.

Podsumowując te zwięzłe uwagi, tembr publikacji w Rzeczpospolitej uważam za zdecydowanie zbyt alarmistyczny, czego dowodzą pokazane liczby - będąc zwolennikiem liberalizmu politycznego i ekonomicznego widzę raczej szklankę w 80 procentach pełną niż w 20 procentach pustą. Nie lekceważąc wcale tendencji demograficznych i skutków emigracji, dopatruję się w niej znacznie więcej korzyści niż strat. Jeśli coś mnie niepokoi, to w pierwszej kolejności zaściankowa, bogoojczyźniana filozofia obecnej opozycji, która w naturalnych wolnościach obywatelskich upatruje nieszczęścia dla swojej wizji świata. Sądzę zresztą, że potrzebna jest szeroka dyskusja na ten temat.

----

Polecam przy okazji:

6 komentarzy:

  1. Rzecz w tym, że dane GUS są funta kłaków warte, bo bazują na powiadamianiu Urzędu Miasta o zamieszkaniu dłuższym niż 3 miesiące. Paweł Krawczyk świetnie opisał to tutaj: http://echelon.pl/content/zg%C5%82aszajmy-wyjazdy-za-granic%C4%99-bo-tak-szybko-odchodz%C4%85

    W związku z tym całe rozumowanie oparte o te dane jest obarczone błędem pierworodnym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że teza iż "dane GUS są warte funta kłaków" rozbawia mnie swoją dezynwolturą. Oto stuletnia instytucja bawi się w cyferki, a przyjdzie bloger i jednym ruchem załatwi ich na cacy. Ten wielki gmach, te setki pracowników, doświadczenie, narzędzia teoretyczne i komputery, wszystko to diabła warte, bo tak się chce blogerowi.
      No proszę, nie rozśmieszaj mnie :-)

      Usuń
    2. Bloger ma rację. GUS jest funta kłaków warty. Opiszę sposób działania w pewnej sprawie a wnioski co do jakości pracy wyciągnijcie sami.
      Robiłem pewną ekspertyzę dla U.Marsz. woj. małopolskiego dla które trzeba było podać liczbę zatrudnionych w niektórych zawodach. I teraz:
      - podałem nr zawodów i specjalności z prośbą o sprzedanie tych danych (bo to jest płatne)
      - odesłali prosząc o podanie numerów zaw. i spec. z poprzedniej ustawy bo nowej nie mają
      - przesłałem (drugi raz zatrudniony GUS)
      - odesłali z prośbą o przesłanie jednak tych poprzednich nr bo tam gdzie liczą (Bydgoszcz) mają PKZiS z 2011 r.
      - przesłałem (trzeci raz GUS)
      - odesłali do Bydgoszczy (czwarty raz)
      - ta są dwie stolice województwa i akurat mnie obsługiwali w Toruniu - przesłali do Torunia (piąty GUS)
      - z Torunia do Bydgoszczy (szósty)
      - z Bydgoszczy do Warszawy bo ona kontaktuje się z klientami (siedem)
      - w Warszawie nie znali ceny usługi bo nalicza ją Radom. Wysłali do Radomia (osiem)
      - z Radomia do Warszawy (dziewięć)
      - odkryłem, że pominęli zakłady pracy do 10 zatrudnionych (czyli spoza druku Z-03 a na druku SP-10). Tym zajmuje się Łódź. Wysłali do Łodzi (dziesięć)
      - Łódź wyniki do Warszawy (jedenaście)
      - Warszawa do Radomia w celu wyceny tych z SP-10 (dwanaście)
      - Radom wyliczenia do Warszawy (trzynaście)
      - Warszawa podała cenę, zapłaciłem, otrzymałem (czternaście).

      Chodzi o dane, które są składane elektronicznie i właściwie nie trzeba ludzi do ich pozyskania. Jednak to, że zakłady pracy przekazują dane elektronicznie nie oznacza, że kilkanaście razy nie będą zaangażowani (czternaście ruchów, siedem miast: Kraków, Bydgoszcz, Toruń, Warszawa, Radom, Łódź i moje miasto).

      Cała ta instytucja to skansen prymitywnej pracy funta kłaków wartej.

      Usuń
    3. @Anonimowy Bardzo negatywnie nastawia do wszelkich opinii takie lekceważące, pogardliwe traktowanie cudzej pracy. Pana radykalne sądy są niemądre i szkodliwe, by mącą w głowach i potem mamy w Internecie wypowiedzi w rodzaju "GUS kłamie". Zdecydowanie odrzucam pańskie insynuacje, a pański przykład w żaden sposób nie przekłada się na działanie całej instytucji.

      Usuń
  2. "(...)liberalna część społeczeństwa wychodzi z założenia, że to naturalny objaw wolności..."


    Widać tu wąskie postrzeganie rzeczywistości. Część (jaka?) migrujących powodowana jest przymusem ekonomicznym, a nie wolnym wyborem. Gdyby mogli, zostaliby na miejscu. Nie można lekceważyć też czynnika emocjonalnego - rzecz mająca duże znaczenie z perspektywy rodzinnej. Korzyści: tak, nasze dzieciaki są w pełni Europejczykami. Straty? Pracują na obce PKB. Czy nam się to zjawisko w jakichś sposób zbilansuje? Dowiemy się pewnie po wielu latach. Istotne byłoby wskazanie optymalnego, z punktu widzenia interesów państwa akceptowalnego, poziomu emigracji zarobkowej. Nie jesteśmy jednak wróżkami - rzekłby Autor.

    Off topik

    Czy linux poszedł już w odstawkę, panie Pawle?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten wpis to nie obszerna analiza ekonomicznych, społecznych i psychologicznych aspektów emigracji, tylko odniesienie do do precyzyjnie sformułowanego problemu, jakim jest wielkość i zmiany emigracji. Nie poruszam tu wielu spraw, bo nie jest to celem wpisu.
      Linux siedzi sobie w netbooku, czasem go uruchamiam, ale nie powiem, ze jest to mój priorytet :-)

      Usuń