sobota, 29 grudnia 2012

GUS-owski rocznik zdrowia

Arcyważna publikacja, jeszcze pachnąca cyfrowym drukiem, wirtualną farbą - wczoraj wydany, 300-stronicowy Rocznik zdrowia.

Zdrowie i ochrona zdrowia w 2011 r.

Z opisu:

Wyniki badań kondycji zdrowotnej ludności Polski, jak również infrastruktury i funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej, prowadzonych w ramach Polskiej Statystyki Publicznej. W przypadku kondycji zdrowotnej ludności, informacje m.in. o zachorowalności na wybrane choroby (np. zakaźne, nowotwory złośliwe, choroby i zaburzenia psychiczne), przyczynach hospitalizacji szpitalnej oraz realizacji planu szczepień ochronnych. Ponadto wybrane dane z badania stanu zdrowia, wybranych aspektów zachowań antyzdrowotnych i prozdrowotnych oraz korzystania z różnych form opieki zdrowotnej.

GUS - Główny Urząd Statystyczny - Zdrowie i ochrona zdrowia w 2011 r.

piątek, 28 grudnia 2012

Żyjemy dłużej

Skorzystam od razu ze świeżo wydanego przez GUS rocznika statystycznego RP 2012 i odniosę się do ponownie do tematu, który był jednym z najbardziej zapalnych punktów dyskusji politycznej w Polsce.

http://stat.gov.pl/gus/5840_2844_PLK_HTML.htm

Rocznik Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej

Oto najświeższe dane demograficzne - tabela 26 na str. 206 rocznika. Wynika z nich, że w wieku 60 lat mężczyźni żyją jeszcze 18,5 roku (dożywają 78,5), a kobiety - 23,8 roku (dożywają 83,8). Nie ma kolejnego kamienia milowego w tym zestawieniu, owego krytycznego wieku 65 lub 67 lat, ale demografia mówi, że w tym wieku dożywa się średnio jeszcze późniejszego wieku.

Zauważcie przy tym, że w ciągu roku (por. dane 2010 i 2011) dożywalność wzrosła o kolejne 0,2/0,3 roku. A od 2000 roku aż o 1,8/2,3 roku.

To przyczynek do związkowych krzyków na manifestacjach i haseł na plakatach, że pracujemy do śmierci. Nie, nie do śmierci, panowie krzykacze - na emeryturze żyjemy jeszcze średnio kilkanaście lat.

I jeszcze odwołanie do innego wpisu: Oczekiwana długość życia w wieku 65 lat

wtorek, 13 listopada 2012

Degrekolada

Dużo się mówi ostatnio o sytuacji ekonomicznej Grecji - w ciągu kilku lat notują dramatyczny spadek stopy życiowej, czego przyczyną są zarówno nieodpowiedzialne działania systemu bankowego, jak i nonszalancji władzy oraz rozpowszechnionej korupcji i nepotyzmu, rozdętego sektora publicznego.

środa, 7 listopada 2012

PKB - porównanie kilku krajów

Przy okazji zwycięstwa Obamy warto może rzucić okiem na 30 lat rozwoju gospodarczego parunastu krajów (Polska, Rosja i Czechy od 1990 roku). USA ciągle zdecydowanie wyprzedzają Europę, my rozwijaliśmy się najszybciej (poza Chinami, które startowały z bardzo niskiego poziomu). Brazylia zmarnowała 20 lat i dopiero od dekady rozwija się szybciej, podobnie Rosja.

poniedziałek, 22 października 2012

PiS o bezrobociu

Bezrobocie to obok służby zdrowia najbardziej chyba zapalny punkt polityki każdego cywilizowanego kraju. Brak pracy jest jedną z najpaskudniejszych, najbardziej dojmujących plag, jakie mogą dotknąć społeczeństwo – zabiera chleb, upokarza, utrzymuje w nieustannym lęku, degraduje, wyklucza z kręgów towarzyskich, wywołuje choroby. No i oczywiście nie pozwala wykorzystać pracy jako czynnika wzrostu gospodarczego. Nic dziwnego, że poświęca mu się tak wiele uwagi, choć nie zawsze z należytym skutkiem.

PiS zorganizował właśnie kolejną z debat z cyklu poświęconego najważniejszym problemom kraju – tym razem o bezrobociu. Niestety, zobaczyliśmy tylko jej fragment, gdyż po jakimś czasie telewizje przełączyły się na konferencję premiera i ministra zdrowia, ale z tego fragmentu (o ile nie nastąpiła jakaś radykalna zmiana w drugiej części dyskusji) mam wrażenie, że była to najsłabsza merytorycznie debata z dotychczas przeprowadzonych. Z przykrością odnotowuję zresztą, że „premier” prof. Gliński, wychodząc z roli beznamiętnego naukowca, stał się zaczepnym politykiem.

Powiedzmy kilka słów o samym problemie – spróbuję tu dać zarys tematu, który może zainteresować część osób (mam nadzieję, że nie popełniam tu żadnego błędu).

Rynek pracy i bezrobocie są trwałym elementem standardowego wykładu mikro- i makroekonomii – można to łatwo wytłumaczyć tym, że praca, obok kapitału i ziemi (czyli gruntów, wód, kopalin, lasów itd.) jest jednym z trzech czynników wytwórczych. Pracy poświęca się więc z przyczyn ekonomicznych i społecznych sporo miejsca i jest to temat niezwykle ciekawy badawczo.

Ludność powyżej 15 roku życia jest ludnością mogącą potencjalnie pracować, choć tylko część ma taki zamiar. Ludności takiej było w Polsce 31 grudnia 2009 roku ok. 30,9 mln (Rocznik statystyczny pracy 2010, str. 99, Wyd. GUS). Ta ludność dzieli się teraz (ważne!) na ludność czynną i bierną zawodowo. Bierni zawodowo to ci, co nie chcą lub nie mogą pracować i ich jest w tym samym roku 14,1 mln. Czynni zawodowo to ci, co chcą pracować, ale mają pracę (zatrudnieni) albo są bezrobotni. Jest ich tu 16,8 mln, z czego bezrobotnych było 1,9 mln. Stopa bezrobocia to relacja bezrobotnych do czynnych zawodowo.

Między tymi zbiorami – bierni zawodowo, pracujący i bezrobotni – stale przepływają tysiące ludzi. Polityce państwa powinno zależeć, by jak najwięcej ludzi było czynnych zawodowo oraz by bezrobocie było jak najmniejsze, czyli aby pracowało jak najwięcej osób. Jest jednak jasne, że są naturalne granice aktywności zawodowej, bo przecież pracy nie podejmuje większość uczniów starszych klas, studentów czy osób w podeszłym wieku. Nie pracuje, bo nie chce, wiele kobiet.

Samo bezrobocie można podzielić na trzy rodzaje, zależnie od przyczyn. Teoria ekonomii przyjmuje, że 4-6 punktów procentowych stanowi bezrobocie frykcyjne wynikające z tego, że ludzie cały czas zmieniają pracę i zawsze jakiś ich odsetek w danej chwili nie pracuje. To stan naturalny i nie ma w nim nic niepokojącego. Drugi rodzaj bezrobocia to bezrobocie cykliczne albo koniunkturalne. Jeśli popyt spada wskutek spadku koniunktury, pracodawcy zwalniają część siły roboczej, bo jest dla nich zbyteczna. Gdy popyt rośnie, zatrudniają. Krótko mówiąc, to silnie zmienna wielkość jakiej doświadczamy właśnie teraz, gdy jest kryzys. I wreszcie trzeci rodzaj, bezrobocie strukturalne, które wynika ze zmian cywilizacyjnych. Kiedyś „na bezrobocie strukturalne” szli kowale, szczytnicy czy bednarze, bo rugowała ich produkcja przemysłowa czy wręcz zanikał popyt na ich pracę. Dziś takie dotyka dziennikarzy tradycyjnej prasy i tygodników, bo ruguje ich Internet.

Tak więc całe bezrobocie istniejące w danym momencie da się teoretycznie podzielić na trzy grupy zależnie od przyczyn, choć naturalnie trudno jest te grupy precyzyjnie skwantyfikować.

I jeszcze jeden aspekt, liczenie bezrobocia.

W Polsce zawsze liczyliśmy, i do dzisiaj liczymy, tzw. bezrobocie rejestrowane, czyli notowane przez urzędy pracy. To jest właśnie ta obecna liczba 12,5% i perspektywy wzrostu do 14% za rok. Ale jest też bezrobocie liczone metodą BAEL-owską – są to szacunki statystyczne wg metod europejskich (Eurostat), dające obecnie niższe liczby (ok. 10,1%). Unia zaleca wszystkim stosowanie tej miary, aby wielkości były porównywalne. Obie metody różnią się nieco sposobem określania, kto jest bezrobotny, oraz naturalnie metodą pomiaru (rejestracja vs. szacunki).

Na zakończenie uwaga dotycząca debaty PiS. Jarosław Kaczyński snuł na niej rzekomo realistyczne plany utworzenia trzech milionów miejsc pracy, a także przekonywał, że bezrobotnych jest de facto 5 mln, gdyż przeniósł do grupy bezrobotnych sporą część osób biernych zawodowo (kiedyś notorycznie posługiwał się tym zabiegiem Lepper). To rachunki o walorze czysto propagandowym (choć nikt nie neguje konieczności długofalowego zwiększania współczynnika aktywności zawodowej, który jest u nas dość niski), bo zmajstrowane doraźnie dla przywalenia rządowi. Tak się po prostu nie robi, to manipulacja liczbami.

wtorek, 16 października 2012

Zaorać, panie!

Charakterystyczną cechą działań mediów jest doraźność, brak systematyczności, miotanie się od tematu do tematu, zapominanie o zaszłościach. W tym roku na przykład, nie dalej jak wiosną, w telewizjach pełno było rolników skarżących się na perspektywę tragicznie niskich zbiorów. Zaorać panie trzeba, nic się nie urodzi, płynęło ze wszystkich relacji. Naturalnie było to też politycznie wykorzystywane.
Zajrzałem do ostatniego, sierpniowego wydania "Informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju" (link niżej - polecam, to twarde dane, bicz na fantasmagorie niektórych polityków i dziennikarzy), gdzie na str. 21 są podane najnowsze szacunki zbiorów głównych ziemiopłodów. Okazuje się, że dramat okazał się fikcją, zbóż ogółem mamy o prawie 5% więcej niż rok temu, a ponad 5% więcej niż średnia poprzedniego pięciolecia. W pierwszej kolumnie jest rok, w drugiej zbiory w tysiącach ton.

Średniorocznie w latach 2001- 2005 - 26758 tys. ton
2005 - 26928 tys. ton
2009 - 29827 tys. ton
2010 - 27228 tys. ton
2011 - 26787 tys. ton
2012 - 28100 tys. ton

Podejrzewam, że poza może jakimiś specjalistycznymi programami gospodarczymi informacje te nie przebiją się do publicznej wiadomości.
Całkiem na marginesie, przypomniała mi migawka z lat jeszcze 70-tych, jak to w czasie któregoś wydania szalenie popularnego Studia 2 jakiś rozogniony, lokalny szef PGR-u opowiadał z błyskiem w oku o pomyślnym rozrodzie świń: I jak panie redaktorze ta maciora wyprodukuje te świniaki... - w tym momencie przerażone oczy redaktora Edwarda Mikołajczyka i wydobywający się jęk: ojej, urodzi!

GUS - Główny Urząd Statystyczny - Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju - Sierpień 2012 r.

poniedziałek, 15 października 2012

Podstawy ekonomii - Czarny

Podstawy ekonomii

Podstawy ekonomiiBogusław Czarny
Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne
Liczba stron 694
Rok wydania 2011
Miejsce wydania Warszawa
Wydanie III zmienione
Oprawa miękka
adres URL

piątek, 12 października 2012

Państwowy dług publiczny

Państwowy dług publiczny w mln złotych, stan 31 grudnia.
Wyszczególnienie
2000
2005
2010
2011
Dług publiczny ogółem
280322
466591
747899
815327
Wielkość PKB
744378
983302
1416447
1524679
Dług jako odsetek PKB
37,7%
47,4%
52,8%
53,5%
Dług podsektora rządowego
266934
439335
692361
748800
Dług Skarbu Państwa
265888
438416
691210
747504
krajowy
145053
313727
496370
501066
zagraniczny
120835
124689
194840
246438
Dług pozostałych instytucji
1046
919
1151
1295
Dług podsektora samorządowego
9225
20172
53519
64249
Dług jednostek samorządu terytorialnego
9225
17156
50568
61184
Dług pozostałych instytucji
-
3016
2951
3065
Dług podsektora ubezpieczeń społecznych
4163
7084
2019
2279
źródło: Mały Rocznik Statystyczny Polski 2012, tabl. 26, str. 446,
GUS - Główny Urząd Statystyczny - Mały Rocznik Statystyczny Polski 2012

środa, 10 października 2012

Makroekonomia - Mankiw, Taylor

Makroekonomia

Gregory N. Mankiw, Mark P. Taylor 
Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne
Liczba stron 492
Rok wydania 2009
Miejsce wydania Warszawa
Wydanie I
Oprawa miękka
tłum. Bogusław Czarny
adres URL

niedziela, 7 października 2012

Ubóstwo w Polsce

Walka polityczna w Polsce ma to do siebie, że strony posługują się mniej czy bardziej precyzyjnymi danymi. Moje doświadczenie z dyskusji w Internecie mi mówi jednak, że wiedza o faktach jest dość skromna.

Jednym z najbardziej zapalnych punktów jest stan zamożności/ubóstwa w Polsce. Informacje o tym są wykorzystywane w roli maczugi, często w sposób urągający obiektywnej wiedzy. Zatem polecam opracowanie Głównego Urzędu Statystycznego zatytułowane "Ubóstwo w Polsce w 2011 r. (na podstawie badań budżetów gospodarstw domowych)"

http://stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/WZ_ubostwo_w_polsce_2011.pdf

To 18-stronicowy dokument zawierający informacje metodologiczne oraz dane statystyczne - jeśli chcesz się zaopatrzyć w argumenty w dyskusjach, polecam zapoznanie się z nim, a najlepiej pobranie na dysk.

Niestety, doświadczenie z dyskusji mówi mi też, że posługiwanie się twardymi danymi w niejednej sytuacji niczego nie daje, bo "GUS kłamie i jest na pasku krwawego reżimu Tuska". Na to nie mam już wpływu, polecam jednak posługiwanie się tym tam, gdzie ludzie wykazują jakąś skłonność do myślenia i akceptowania faktów.

poniedziałek, 1 października 2012

Wykres

Wykres produkcji
Wykres produkcji

wtorek, 25 września 2012

Pijany i latarnia

Obejrzałem wczoraj debatę ekonomiczną PiS. Nie zamierzam się wcale nad nią pastwić, bo jej uczestnicy wygłosili w niej szereg trafnych i cennych uwag dotyczących przede wszystkim stanu finansów państwa, a zwłaszcza systemu podatkowego. Nie znaczy to wcale, że było to coś nadzwyczaj odkrywczego - takie tezy są powszechnie znane, a tutaj mieliśmy do czynienia z debatą przed oczami szerszej publiczności, gdy zazwyczaj ekonomiści rozmawiają w zaciszu instytucji akademickich.

Naturalnie były wystąpienia zupełnie od czapy. Jakiś pan Wróbel przypominał mi swoimi fantasmagoriami kandydata na prezydenta Polski sprzed 17 lat, producenta zdrowotnych papuci, niejakiego Piotrowicza. Inny pan, nieustannie klejący się do partii politycznych Janusz Szewczak (obecnie przyklejony do SKOK-ów) wygłosił jakieś księżycowe opinie, opierając się na wziętych z sufitu danych. Ale jeśli pominąć tych oryginałów, jak też osoby wyraźnie nastawione na autopromocję, było tam kilka sensownych i przytomnych wystąpień - najzabawniejsze wygłosił Robert Gwiazdowski wyśmiewający język ustaw podatkowych. Innym elementem komediowym był obszerny Zwischenruf prezesa PiS, który powołując się na istnienie w ekonomii elastyczności popytowej i podażowej (nie podał jednak, względem czego) rzucił rozkosznie nonsensownym hasłem elastyczności (hi hi) pauperyzacyjnej! Duża kupa czy kurza dupa, prezesowi było chyba wsio rawno...

Nie bardzo sobie wyobrażam obecność Balcerowicza i Kołodki, którzy są silnymi osobowościami i mieliby chyba trudności z utrzymaniem się w formule spotkania. Podobnie, obecność min. Rostowskiego wydaje się zupełnie zbędna, bo po prostu o projekcie PiS w zasadzie nie rozmawiano i minister nie miałby czego prostować. A podczas wystąpienia Szewczaka pewnie i tak by zemdlał, słuchając wyliczeń tego pana.

Biedny Krzysztof Skowroński, jako moderator, usiłował trzymać jakoś towarzystwo w pobliżu tez ekonomicznych PiS, ale owo wolało mówić raczej o realnych problemach niż roztrząsać program partii. No i słusznie.

A tytuł wpisu bierze się stąd, że Jarosław Kaczyński "podsumował" debatę stwierdzeniem o konieczności budowania nowego państwa. Czyli co by nie mówili w czasie spotkania, prezesowi i tak się wszystko kojarzy z IV RP. Debatą posłużył się więc jak pijany latarnią - nie by się oświecić, lecz by się podeprzeć.

No i jeszcze mówił coś o multazjanizmie...

niedziela, 9 września 2012

Ciągle zielona wyspa

Grzebałem akurat nieco w statystykach, w rachunkach narodowych (przystępny opis i dane są w opublikowanym kilka tygodni temu małym roczniku statystycznym GUS 2012 -http://stat.gov.pl/gus/5840_737_PLK_HTML.htm) i skomasowałem dane dotyczące wzrostu PKB w okresie od pierwszego kwartału 2006 do drugiego kwartału 2012, czyli za okres 6,5 roku (od pierwszego pełnego kwartału premiera Marcinkiewicza po najnowsze). Są to dane typu kwartał do kwartału poprzedniego roku. Ten dość długi okres pokazuje wyraźnie wieloletnie trendy.

Wykres pochodzi z Excela i pokazuje, jak po okresie świetnej koniunktury światowej kryzys ekonomiczny z lata 2008 dosłowni nas udusił, spychając tempo do niewiele powyżej zera - aż trzy kwartały borykaliśmy się, by wyjść na dobre tempo wzrostu. Teraz widać, jak kolejna fala kryzysu chce nas zepchnąć w dół i jak kluczową rolę odgrywa zręczny główny księgowy.

czwartek, 6 września 2012

Nauczyciele i demografia

Według linkowanego niżej rocznika "Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2010-2011" obecnie jest w Polsce ok. 400 tys. nauczycieli szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych, z czego niemal 92% w sektorze publicznym. Obsługują oni ok. 5,2 mln uczniów (w roku 2000-2001 aż 7,3 mln).

Kilka dni temu w felietonie dotyczącym stanu oświaty stwierdzono m. in., że  na samym Podlasiu zostanie w tym roku zwolnionych 700 nauczycieli. Gdyby ekstrapolować tę liczbę na cały kraj, można by się spodziewać zwolnienia ok. 10-12 tys. nauczycieli, czyli mniej więcej 2,5-3% zatrudnionych. To naturalnie ileś tysięcy ludzkich dramatów, ale na tle globalnych liczb nie jest obrazem rozkładu oświaty, zwłaszcza wobec spadku liczby dzieci i młodzieży aż o 30% w ciągu dekady.

Nauczyciele to elita - znaczna większość z wyższym wykształceniem, o poziomie intelektualnym i kulturalnym mocno wykraczającym ponad średnią w całym społeczeństwie. To skarb, który należy chronić i jak najlepiej wykorzystywać. Zapewne inteligencja i elastyczność pozwoli większości zwalnianych znaleźć pracę, choć szkoda zawsze każdej osoby.

Demografia to dość ścisła nauka, operująca sprawdzonymi modelami i coraz lepszą techniczną aparaturą. Pozwala całkiem precyzyjnie określać zmiany ludnościowe w czasie, a przede wszystkim wielkość kolejnych roczników dzieci i młodzieży przechodzących potem przez kilkunastoletni tunel edukacyjny. Kształcenie nauczycieli też się da do tego dostosowywać, choć zapewne nie tak precyzyjnie, jak dawniej, gdyż nie cała edukacja akademicka jest dziś publiczna. W każdym razie to trendy demograficzne są dzisiaj zmienną niezależną, a cała reszta musi się do tego dopasować - oby jak najmniejszym kosztem społecznym.

A tak na marginesie - zaskakująco rzadko mówi się o zmniejszaniu grup uczniowskich, co stanowiłoby prosty bufor chroniący przez zwolnieniami. Nie wiem, dlaczego tak jest.

http://stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/e_oswiata_i_wychowanie_2010-2011.pdf

czwartek, 30 sierpnia 2012

Wydatki na ochronę zdrowia

By być w pełni precyzyjnym, przytoczę objaśnienie tego wskaźnika:

Wydatki na zdrowie (% PKB)
Całkowite wydatki na zdrowie to suma publicznych i prywatnych wydatków na zdrowie. Obejmują świadczenie usług zdrowotnych (profilaktyka i leczenie), działania dotyczące planowania rodziny, działania związane z odżywianiem oraz pomoc medyczną w nagłych wypadkach. Nie obejmują dostarczania wody i urządzeń sanitarnych.

sobota, 18 sierpnia 2012

Wojna liberała z lewicowcem

Sam siebie określam mianem liberała z sercem po lewej stronie. Mając ekonomiczne wykształceniem mam szczególne poważanie dla efektywności ekonomicznej, ale jako człowiek z jakąś tam dozą zrozumienia dla rozmaitych sytuacji społecznych akceptuję rozwiązania o lewicowym charakterze.

W linkowanym artykule jest mowa o zwrocie części kosztów podręczników szkolnych w biurokratycznie wymienionych sytuacjach. Oznacza to, że społeczeństwo wrzuca do wspólnej kasy, a z niej idzie na potrzeby wybranej grupy osób, w tym wypadku enumeratywnie określonych beneficjentów (no, uboższych rodziców, mówiąc po ludzku).

W czystej ekonomicznie sytuacji każdy dba o siebie i swoją rodzinę, ale przecież rozwój cywilizacyjny doprowadził do włączenia do tego rachunku potrzeb społecznych realizowanych via budżet. Umawiamy się, że wspólnie finansujemy wojów chroniących nas przed napadami dzikich plemion, a także wspólnie opłacamy państwową służbę zdrowia, bo nigdy nie wiadomo, kiedy kogo co trafi. Indywidualnie nikt lub prawie nikt nie sfinansuje operacji serca czy chemioterapii antynowotworowej, ale wspólnie i owszem, bo chorują tylko niektórzy (z góry nie wiadomo, kto to będzie).

Ekonomiczny sens przekierowania funduszy jest tu jasny - nasze indywidualne wybory nie są optymalne ze społecznego punktu widzenia, zapewne część rodziców nie kupiłaby podręczników. Jako społeczeństwo, światłymi ustami ministra, uznajemy, że te podręczniki współfinansujemy wszyscy, choć korzysta z tego tylko część społeczeństwa.

Mam tu zawsze rozdrap, bo jako ekonomista dostrzegam pogorszenie ekonomicznej efektywności wyborów, ale jako człowiek i entuzjasta edukacji uważam, że zasługuje ona na wsparcie. Na takiej samej zasadzie, jak stypendia dla bystrych młodziaków, którzy kiedyś zrobią kariery naukowe czy będą wybitnymi specjalistami w różnych dziedzinach.

Zresztą u licha - we współczesnej ekonomii składnik układu równań optymalizacyjnych, jakim jest budżet państwa, to doskonale opisany element modelu, po wielokroć skwantyfikowany przez ekonometrię. To żadne obce ciało drażniące skrajnych liberałów w rodzaju JKM, a jedna z czterech nóg równania, w którym jest konsumpcja, inwestycje, państwo i saldo obrotów z zagranicą.

Kupujesz podręczniki? Zachowaj paragon. Zwrot do 352 zł

piątek, 15 czerwca 2012

Absolutna pewność i inne fikcje

Lubię takie dowcipne i prowokacyjne tytuły. A takim właśnie opatrzono czternasty już tomik serii "Świat jest matematyczny". Autorem jest Pere Grima, tłumaczem z hiszpańskiego Józef Piórek.

Bardziej dosłownie mówi o zawartości podtytuł: Tajniki statystyki. Na 150 stronach, w pięciu rozdziałach i kilkudziesięciu punktach podano w popularny sposób najważniejsze, najbardziej podstawowe koncepty statystyczne, obficie opatrując je przykładami zastosowań.
Książeczki można kupować każdą z osobna (35 zł), zatem jeśli kogoś nie obchodziły inne tematy, to ten akurat bardzo polecam. I w kilku słowach wytłumaczę, dlaczego.

Wielokrotnie prowadziliśmy tutaj dyskusje na różne tematy, wspierając się danymi statystycznymi. Choć średnią arytmetyczną wprowadza się dziś już w drugiej klasie gimnazjum, a całkiem spory rozdzialik o statystyce i rachunku prawdopodobieństwa jest w ostatniej klasie liceum, to jednak znajomość najbardziej podstawowych mierników statystycznych nie jest powszechna. Przeciętny dyskutant internetowy nie bardzo potrafi wznieść się od swojego prywatnego doświadczenia ku abstrakcji mierników ważnych w zbiorowościach. Jak ktoś zarabia 1800 brutto, to nie bardzo idzie mu zaakceptowanie faktu, że średnia krajowa jest dwa razy większa. Różnica między średnią a medianą (i co z tego wynika) jest już poza zasięgiem zdecydowanej większości polemistów.

Nie chodzi o to, by zmuszać ludzi do jakichś nudnych rachunków. Statystyka to nie rachunki, to sposób myślenia. To jedna z najważniejszych intelektualnie technik pojmowania świata naokoło - do tego stopnia, że na swój prywatny użytek nazywam ją witaminą S dla mózgu. Człowiek potrafiący posłużyć się najbardziej już elementarnymi miernikami struktury i dynamiki (można by je moim zdaniem ograniczyć do dziesięciu, choć jeśli statystyk walnie mnie tu w łeb, to pokornie przyjmę) jest znacznie sprawniejszy w interpretacji rzeczywistości naokoło niż osoba niepotrafiąca policzyć zwykłej średniej - choćby ze stopni własnego smyka w szkole.

Tak więc wyjątkowo usilnie polecam ten tomik - wydatek względnie niewielki, a może spłynąć iluminacja. A może kogoś to zachęci do pobawienia się potem jakimś podręcznikiem statystyki opisowej i do rozwiązywania zadań? To narzędzie, które może się potem przydać na każdym kroku, to ważny element intelektualnej wyprawki wykształconego człowieka.

sobota, 2 czerwca 2012

Ile kosztuje złotówka

Obserwując dość znaczny spadek kursu złotego wobec euro, dolara czy franka zastanawiamy się, skąd się to bierze i czy to dobrze dla gospodarki, czy też nie. Eksporterzy powiedzą, że świetnie, bo sprzyja eksportowi (nawiasem mówiąc, akurat połączenie niskiego kursu złotówki i niesamowitej elastyczności naszego małego i średniego biznesu owocuje ekspansją eksportową). Zwykły człowiek się jednak wkurzy, dlaczego musi płacić tak drogo za importowane towary, przede wszystkim konsumpcyjne.

Swoją drogą, niski kurs złotówki dodaje nam miejsc pracy - im wyższy popyt zagraniczny na nasze towary, tym więcej się ich produkuje, tym więcej się zatrudnia ludzi. Na pewno musi to w wymierny sposób łagodzić nasze problemy z bezrobociem (choć oczywiście kosztem innych).

Poniższy link prowadzi do artykułu mówiącego, ile naprawdę jest warta złotówka. Pewnie niektórzy nie uwierzą - dwa razy więcej! Na kurs wpływa nie tylko najważniejszy czynnik, jakim jest poziom cen, ale i czynniki dodatkowe, w tym spekulacje. W przypadku złotówki te poboczne są zaskakująco trwałe i dlatego kurs, zamiast kręcić się wokół 2 złotych za dolara, jest spychany nieustannie w dół.

I dlatego właśnie zamożność poszczególnych krajów, liczona najpowszechniej stosowanym wskaźnikiem, jakim jest produkt krajowy brutto per capita (czyli na głowę), musi być wyliczana nie tylko za pomocą czystego kursu walutowego, ale przede wszystkim za pomocą parytetu siły nabywczej. W długim okresie parytet ten wykazuje, że nasz PKB na łepetynę jest 40-50 procent wyższy niż wynika z czystego kursu. Za złotówkę można po prostu kupić w kraju więcej niż nam się wydaje.

Dzisiaj ta różnica wynosi, zapewne doraźnie, aż 100% (!) - po prostu rynek trochę zwariował.

I jeszcze przy okazji nieco polityki. Gospodarka otwarta, jaką jest polska, jest podatna na zjawiska globalne. Niedouczeni politycy, którzy chcą się popisać przed publicznością, mają zwyczaj walić w ten aspekt funkcjonowania gospodarki, który z jakiegoś powodu jest niekorzystny. Otóż  spadek kursu złotówki, jak powiedzieliśmy wyżej, ma jednocześnie dobre i złe skutki (wzrost kursu też ma złe i dobre). Jak złotówka leci, to można narzekać na drogi import i poszczypaną dumę narodową, pomijając wzrost eksportu i zatrudnienia. Gdyby rosła, można pominąć milczeniem taniejący import i pęczniejącą dumę, ale za to skrytykować osłabienie eksportu i zwalnianie pracowników. Niewielu biorących porządne apanaże posłów rozumie, że to sprzężone ze sobą zjawiska.

I przypomniała mi się jeszcze niesławnej pamięci posłanka Samoobrony ze Śląska, o magnackim nazwisku Wiśniowiecka, która dostała się do Sejmu na miejsce jakiegoś zmarłego posła. Zapytana przez dziennikarza, czym ma zamiar się zajmować, śląską gwarą opowiadała, że chce, co by przywrócić te zamknięte huty i kopalnie.

W prostym umyśle tej kobiety nie mieściło się, że gospodarka rynkowa dostosowuje się do popytu, że huty i kopalnie stają się passé, i że nie poseł w Sejmie decyduje, czy one mają działać. Jej się wydawało, że usiądzie w ławie i zarządzi, że huty mają być przywrócone.
Po roku, w następnych wyborach, już się do parlamentu nie dostała - była podobno strasznie rozżalona, że tak ją niesprawiedliwie wyborcy potraktowali.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,11844901,Konferencja_WallStreet__Euro_powinno_kosztowac_2_35.html

środa, 30 maja 2012

Dolce vita emeryta

Może nie tyle "dolce vita", co "euro vita". Ze dwa dni temu w którychś wiadomościach pokazana została migawka z uliczną rozmową z zaczepionym greckim emerytem. Skarżył się, że dostawał do tej pory 1700 euro, teraz dostanie 500 mniej.

Nie wiem, jaka jest precyzyjnie siła nabywcza greckich euro, nie wiem też, na ile ów emeryt jest reprezentatywny dla całej emeryckiej populacji w Grecji (reporter mógł trafić na jakiegoś krezusa), niemniej nie znam żadnego polskiego emeryta, który miałby emeryturę w wysokości 7 tys. złotych. A przecież Grecja nie była aż tak dramatycznie zamożniejsza od Polski. Dopiero co mieli PKB ok. 30 tys. USD na głowę, teraz mają 27 tys., a jest całkiem niewykluczone, że spadną poniżej 25 tys., a więc poniżej poziomu Czech, a w okolice Słowacji. Nawet my będziemy już w zasięgu wzroku.

Ów zubożony emeryt będzie dostawał w dalszym ciągu ok. 5 tys. złotych, czyli trzy razy więcej niż przeciętny polski, który otrzymuje 1800 brutto (1300 netto).

Wprawdzie pojedynczy przypadek nie świadczy o nadzwyczajnej hojności i rozpasaniu greckiego systemu wynagrodzeń, ale ostatnio było kilka artykułów opisujących niebywałą skalę cwaniactwa w tym miłym skądinąd narodzie.

piątek, 25 maja 2012

Kim Pan był, Panie Mandelbrot?

Najnowszy tomik serii "Świat jest matematyczny" poświęcony jest geometrii fraktalnej. Jak wiadomo, najczęściej jest ona kojarzona z nazwiskiem Benoit Mandelbrota, matematyka... no właśnie, jakiego?

Mandelbrot urodził się w 1924 roku w Warszawie, ale jego rodzice byli litewskimi Żydami, którzy osiedlili się w Polsce. Mamy już więc trzy nacje, które mają prawo wymieniać matematyka wśród swoich dzieci. W 1936 roku rodzina wyjechała do Francji, gdzie Mandelbrot przebywał do 1957 roku. We Francji mieszkał już wcześniej wuj Benoita, Szolem Mandelbrojt (nieco inne nazwisko), matematyk z grupy Bourbaki, też urodzony w Warszawie, ale związany z trzema kulturami. Wyjazd rodziny Benoit do Francji był spowodowany zagrożeniem narastającym w Niemczech faszyzmem, choć podejrzewam, że bardziej nawet endeckimi nastrojami, jakie rozpleniły się po śmierci Piłsudskiego, który stanowczo zwalczał te tendencje.

A więc do trzech kultur doszła czwarta, francuska. Ale w 1957 roku Mandelbrot wyjechał do USA, gdzie spędził większość swego życia i uzyskał najważniejsze wyniki.

Polska Wikipedia mówi, że Mandelbrot był francuskim matematykiem, natomiast francuska, angielska i niemiecka, że francusko-amerykańskim. Jeszcze ciekawiej, nieomal talmudycznie, kwituje sprawę hebrajska: żydowski matematyk, Amerykanin francusko-polskiego pochodzenia. Ha, pamiętacie "ale z drugiej strony" Tewje Mleczarza ze "Skrzypka na dachu"? :-)

Załamawszy w obliczu takich trudności ręce, kończę notkę hasłem, jakie przyświecało miesięcznikowi lingwistycznemu, zajmującemu się unifikacją terminologii naukowej, który kiedyś współredagowałem:scientia gentium proprietas (nauka własnością ludzkości).

środa, 23 maja 2012

Roczne wskaźniki makroekonomiczne

Na poniższej stronie jest skoroszyt Excela (można go też wczytać do OpenOffice Calca, MS Web Office i Dokumentów Google) zawierający Roczne wskaźniki makroekonomiczne. W środku jest kilkadziesiąt szczegółowych arkuszy, a wśród nich polecam zwłaszcza RACHUNKI NARODOWE - PKD 2007, który zawiera dane makroekonomiczne zgodne z powszechnie przyjętymi klasyfikacjami i nauczaniem ekonomii, za lata 1995-2011.

W arkuszu jest między innymi informacja, jaki odsetek poziomu UE27 stanowi polski PKB per capita, w okresie 1995-2010 (według parytetu siły nabywczej - PPS):

43 - 45 - 47 - 48 - 49 - 48 - 48 - 48 - 49 - 51 - 51 - 52 - 54 - 56 - 61 - 63

Biorąc pod uwagę ubiegłoroczne tempo wzrostu 4,3% i przypuszczalne tegoroczne 2,5-3,0%, na tle Unii, można przyjąć, że w 2011 mieliśmy 65, a w tym roku osiągniemy 67% poziomu unijnego, czyli po prostu 2/3.

Trudno jest prognozować na wiele lat do przodu, zwłaszcza w tak niepewnych okolicznościach, ale można przyjąć ostrożnie, że średnią unijną osiągniemy w ciągu 20-25 lat.

http://www.stat.gov.pl/gus/wskazniki_makroekon_PLK_HTML.htm

wtorek, 22 maja 2012

Niezmiennik

Młodziaki tego nie dostrzegają, ale wapniaki, jak ja, mogą porównać stałość i niezmienność instytucji za komuny z ogromnym tempem przemian po 1989 roku. Najlepiej to widać na przykładzie sklepów czy księgarni - niewiele firm sprzed ćwierć wieku istnieje do dzisiaj, jeszcze mniej zachowało swoje stare lokum.

W ramach swojej podróży sentymentalnej szperam ostatnio po literaturze ekonomicznej i z niekłamaną satysfakcją odkryłem, że Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne, przemianowawszy się sprytnie za demokracji na Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne (dzięki temu został skrót PWE) istnieje ciągle w tym samym miejscu na Canaletta (w pobliżu pl. Teatralnego) i prowadzi tę samą księgarnię.

Kopnąłem się po cenioną na akademickim rynku książkę "Podstawy ekonomii", prof. Czarnego z SGH - spory wydatek (nominalnie prawie 90 zł) firma osłodziła mi równie hojnym, co niespodziewanym 20-procentowym rabatem, dzięki czemu wróciłem do domu bez objawów zawału. Ale jednak w lekkim szoku, że firmy potrafią dawać takie rabaty. Musi mi z gęby dobrze paczało, aczkolwiek nie stwierdziłem tego samego efektu w pobliskim spożywczaku, co pozostawia mnie w stanie dysonansu poznawczego.

www.pwe.pl

niedziela, 6 maja 2012

Bełkot sensatów

Najpierw leci tak:

Codziennie na raka umiera ok. 2000 ludzi, a zachoruje w przeciągu roku kilkaset milionów ludzi. Takie statystyki nie wróżą nic w tej sprawie dziwnego, ale faktem jest że lekarstwo na raka istnieje lecz jest doszczętnie ukrywane przez firmy farmaceutyczne jakie widzą w chorobach nowotworowych olbrzymie finanse. O lekarstwie na raka pisaliśmy kiedyś tutaj, a teraz przedstawiamy wam dodatek do naszego kiedyś artykułu w postaci filmu.

Otóż gdyby ci sensaci, zamiast bezmyślnie przepisywać niezbornie tłumaczone na polski kawałki z zagranicznych portali, zastanowili się nad liczbami, musieliby coś sprostować. Mianowicie gdyby codziennie umierało 2000 ludzi (really? przecież w samej Polsce umiera na raka 250 dziennie), roczna liczba śmierci z powodu nowotworów wynosiłaby 700-800 tysięcy, co w zestawieniu z podaną liczbą zachorowań (kilkaset milionów) oznaczałoby ni mniej, ni więcej, że śmiertelność nowotworów wynosi zaledwie 1-2 promile. A przecież wszystkie dostępne statystyki mówią, że 50-80 procent. Czy autorzy notki nie zauważyli tego? Czy tak trudno kojarzyć fakty? Kilkaset milionów to zresztą kilka razy więcej niż roczny przyrost ludności planety, co już mówi, że to absurd.

Pomijam już ten drobny fakt, że rak to wspólne pojęcie szeregu bardzo odległych etiologicznie chorób i zapewne nigdy nie da się opracować czegoś takiego, jak "lekarstwo na raka".

Nie bardzo też rozumiem, dlaczego miano by ukrywać istniejące podobno lekarstwo na raka. Przecież ono także byłoby sprzedawane, a nie rozdawane. Po co więc "doszczętnie ukrywać" (jakież cudne tłumactwo autorów portalu) skuteczne rzekomo lekarstwo i w zamian podsuwać te, których skuteczność jest ograniczona, a 50-80% chorych nie chronią przed śmiercią?

Na marginesie: najlepszym "lekarstwem na raka" byłoby powszechne rzucenie palenia. Statystycznie rzecz biorąc, choroby odtytotniowe (nie tylko kilka odmian raka, ale i inne, w tym choroby krążenia) zabijają zapewne wiele milionów ludzi rocznie. Co mówię ja, Wimmer, w dziewięć miesięcy po rzuceniu palenia.

późniejsza poprawka - artykuł został usunięty

wtorek, 3 kwietnia 2012

Ebook Akademickie narzędzia Microsoft Word 2007

Na platformie Ebookpoint.pl pojawił się mój ebook zatytułowany "Akademickie narzędzia Microsoft Word 2007". To leciutko odświeżona graficznie wersja publikacji wydanej paręnaście miesięcy temu w Virtualo.pl, ciut droższa (jednak poniżej 10 zł), za to w trzech wersjach do pobrania (PDF, ePub, Mobi) i bez DRM (ze znakiem wodnym).

Temat to moja nieustająca Idée fixe - narzędzia potrzebne do tworzenia tzw. aparatu naukowego, do poprawnego technicznie i nośnego informacyjnie skonstruowania pracy naukowej i dyplomowej, a więc wszystkich spisów i indeksów, nawigacji, stopek i nagłówków, przypisów, cytatów, bibliografii, odsyłaczy, konspektów. Jest też nieco o tworzeniu stron tytułowych publikacji i dodatek o SmartArt.

Odbiorcy (potencjalni, ma się rozumieć) to ponad milion studentów piszących w Wordzie prace naukowe i dyplomowe. Zbliża się kolejny termin oddawania prac magisterskich, więc taka wiedza jest jak znalazł. Zapraszam więc, nie ukrywając oczywiście swojej obrzydliwej interesowności. :-)

W perspektywie myślę o wersji dla Worda 2010, ale muszę go dopiero kupić.

Akademickie narzędzia Microsoft Word 2007

image

niedziela, 1 kwietnia 2012

Zawodowi malkontenci

Artykuły na tematy ekonomiczne, jak mam okazję obserwować od lat, są przedmiotem zajadłych polemik. Każda pozytywna informacja jest natychmiast kontrowana przez zawodowych malkontentów - mam czasem wrażenie, że to komanda tych samych ludzi krążące po forach i wygadujące te same bajki. To dwie kategorie osób - zwolennicy PiS i Radia Maryja oraz korwiniści.

Poziom wiedzy ekonomicznej jest generalnie marny, ale towarzyszy temu absolutna pewność siebie komentatorów - tym zajadlejsza i bardziej bezkompromisowa, im głupsze sądy ma wspierać.

Zgrabny (choć brutalny zarazem) komentarz do postawy tego typu osób podał jeden z komentatorów poniższego artykułu - aż zacytuję w całości:

Po czym poznać durnia:
1) nigdy nie rozróżnia płacy brutto od płacy netto i nigdy nie będzie w stanie pojąć różnicy
2) jest święcie przekonany, ze pensje "polityków" wliczane są do średnich zarobków w przedsiębiorstwach
3) 2500 na rękę to dla niego astronomiczna suma i nie widzi absolutnie żadnej sprzeczności tego przekonania z tym co widzi naokoło
4) posługuje się argumentem "a ja zarabiam 1600, wiec gdzie ta średnia?"
5) Po czym odkrywa: "jeśli wychodzę z psem na spacer, to oboje mamy po trzy nogi".
Oto okrutna prawda o poziomie części naszego społeczeństwa.

Tak dobrze z zarobkami nie było od czterech lat

piątek, 30 marca 2012

Smutny dzień demokracji

Mimo nawału roboty (kochani, robienie screencastów to wyjątkowo up... robota - 11-minutowe nagranie robiłem dziś od siódmej rano do czternastej po południu) tkwiłem jednym uchem w telewizorze, od czasu do czasu rzucając też okiem. Powód istotny, wręcz fundamentalnie ważny - przedłużenie wieku przechodzenia na emeryturę.

Praktycznie wszyscy niezależni analitycy zgodnie podkreślają konieczność dokonania reformy, bo tak wynika z rachunków, a z faktami i liczbami rozsądni ludzie nie zwykli się boksować - drobne różnice mogą wynikać z odmiennych założeń, ale indagowani mainstreamowi ekonomiści i demografowie nie mają żadnych wątpliwości w tej kwestii, modele matematyczne są nieubłagane.

Z tym większym zainteresowaniem oczekiwałem debaty, spodziewając się rzeczowej dyskusji. Bardzo szybko okazało się, że tu nie chodzi o żadną merytoryczną dyskusję, że sprawa emerytur jest tylko kolejnym wehikułem, za pomocą którego Jarosław-Polskę-Zbaw chce po prostu wykopać Donka z posady, zaś emerytury ma w bardzo głębokim poważaniu.

Szczególnie wymowna była konfrontacja profesorskiego wywodu Dariusza Rosatiego z ujadaniem rozochoconych p.osłów prawicy, a szczególnie dramatyczna - wystąpienia Tuska i ryku towarzystwa mieniącego się parlamentarzystami. Myślę, że prof. Rosati niepotrzebnie komplementował szefa Solidarności Dudę, który nieliczne sensowne argumenty okraszał obficie dojeżdżaniem rządowi. Jarosław - choć doczekał się klaki, owacji na stojąco (burnyje apłodismienty, jak pisywała radziecka prasa relacjonując wystąpienia ważnych aparatczyków) - wydał z siebie żenująco sprzeczną z faktami perorę, pełną agresji i pogróżek. W La Pasionarię wcieliła się dziś Beata błogosławiona Kempa, niczym Dolores Bolesna opłakująca nieszczęsny los Polaków pod krwawym reżimem Tuska.

Nie miałem wysokiego mniemania o politykach prawicy (z nielicznymi wyjątkami), dziś przekonałem się o ich całkowitej obojętności dla losów kraju i zajadłej chęci przejęcia władzy. Co gorsza, robią ludziom wodę z mózgu, bezlitośnie ich okłamując, czego dowodzą hasła pod Sejmem. To przykry, smutny obraz upadku etycznego prawej strony, która dla władzy posunie się do każdego kłamstwa.

--
Na marginesie: poseł Jacek Sasin popełnił wczoraj fatalny błąd w dyskusji u Morozowskiego, myląc średni wiek umierania ze średnim wiekiem dożycia już w momencie przechodzenia na emeryturę. W przypadku mężczyzn to 72 lata i 79 lat, w przypadku kobiet kilka lat więcej. Ten sam błąd jest popełniany przez związkowców, którym wydaje się, że żyją tylko kilka lat na emeryturze. Ten sam błąd popełnił znany historyk Andrzej Nowak, pisząc cały oparty na błędnym założeniu artykuł w portalu wPolityce.pl. Dziś to dla kobiet i mężczyzn 14 i 19 lat, za ćwierć wieku będzie o kilka lat więcej.

Panu Sasinowi przesłałem na adres pocztowy w Sejmie stosowne wyjaśnienie (imie.nazwisko@sejm.pl) i ciekaw jestem, czy przeczytał, czy zrozumiał i czy wyciągnie z tego wnioski dla siebie. Bo że nie wiedzą o tym związkowcy pod Sejmem, jestem skłonny zrozumieć, co nie znaczy, że się z tą bzdurą zgadzać.

sobota, 10 marca 2012

Świat jest matematyczny - pierwsza przymiarka

O nowej serii popularnonaukowej "Rzeczpospolitej" - kilka słów o pierwszym nabytku i komentarz.

Na pierwszy ogień idzie Fernando Corbalán, "Złota proporcja. Matematyczny język piękna", oryginał z 2010 roku, tłum. Wiktora Bartola. Twarda okładka, 159 stron, pięć rozdziałów (Złoty podział, Złoty prostokąt, Złota liczba i pięciokąt, Piękno i doskonałość w sztuce, Złota proporcja w przyrodzie). Razem z tomem plakat i broszura opisująca serię.

Na każdej stronie jeden lub dwa elementy nietekstowe - fotografie, rysunki, wykresy, tabele, poza tym liczne wzory. Dość skomplikowany skład, ale można by mieć zastrzeżenia do jakości fotografii - dość słaba reprodukcja oryginału. Do treści się oczywiście nie odnoszę - jako profan nie mam wystarczających kompetencji.

Komentarz ogólniejszej natury: Bez dwóch zdań, to duże wydarzenie w dziedzinie popularyzatorstwa. Nie pamiętam tak wielkiej tematycznej serii popularnonaukowej - 40 tytułów poświęconych matematyce to po prostu niesamowity projekt. Co ważne, dzięki naturze przedmiotu wyjątkowo długowieczny. Te kolekcje będą przekazywane przez dziesiątki lat, z pokolenia na pokolenie, nietknięte zębem czasu, może tylko od zaczytania (pamiętam, że gdy przyszło do studiowania elementów matematyki wyższej na SGPIS, zabrałem się ambitnie za Grigorija Fichtenholza, trzytomowy "Rachunek różniczkowy i całkowy" wydany po raz pierwszy kilkadziesiąt lat wcześniej - niemiłosiernie rozgadany, ale cudownie wchodzący do głowy; w Polsce było już 12 wydań, ostatnie pięć lat temu, choć autor od pół wieku patrzy na nas z góry - tak długowieczne bywają znakomite dzieła). To seria dla ambitniejszych uczniów, dla studentów, dla nauczycieli, dla pasjonatów nauki, zwłaszcza tych, którzy kochają nauki ścisłe i przyrodnicze.

Z niecierpliwością będę oczekiwał kolejnych, wydawanych co tydzień tomów, Ale nie mam pojęcia, gdzie je będę stawiał :-)

środa, 1 lutego 2012

Nowy ranking CIA

Pojawiły się właśnie nowe rankingi CIA The World Factbook. Tym razem nie piszę o tym w blogu, natomiast w tym miejscu zrobię porównanie produktu krajowego brutto na głowę według parytetu siły nabywczej, w trzech kolejnych latach (2009-2011) dla dawnych krajów obozu socjalistycznego. Uszeregowanie według wyników w 2011 roku. Dla porównania, średnia UE (27 krajów) to obecnie 34 tys. USD.

Słowenia - 28200 | 28400 | 29100
Czechy - 25100 | 25600 | 25900
Słowacja - 21100 | 22200 | 23400
Estonia - 18800 | 19000 | 20200
Polska - 17800 | 18800 | 20100
Węgry - 18800 | 19000 | 19600
Litwa - 15000 | 14500 | 18700
Chorwacja - 17600 | 17500 | 18300
Rosja - 15200 | 15900 | 16700
Łotwa - 14500 | 14500 | 15400
Białoruś - 11600 | 13400 | 14900
Bułgaria - 12600 | 12800 | 13500
Rumunia - 11500 | 11500 | 12300
Czarnogóra - 9800 | 9900 | 11200
Serbia - 10400 | 11000 | 10700
Macedonia - 9000 | 9400 | 10400
Bośnia i Hercegowina - 6300 | 6600 | 8200
Albania - 6200 | 8000 | 7800
Ukraina - 6400 | 6700 | 7200
Mołdawia - 2400 | 2500 | 3400

The World Factbook