Dziennik “Rzeczpospolita” opublikował 7 października 2013 r. artykuł Wyjechali, już tu nie wrócą, w którym w dość alarmistycznym tonie przedstawiał stan polskiej emigracji, zrównując go nieomal z upustem krwi. Zarzucił również GUS-owi ukrywanie danych, które mają być tak niekorzystne dla Polski i rządu, że GUS zdecydował się na ich wstrzymanie z obawy przed niekorzystnym wpływem na warszawskie referendum w sprawie odwołania prezydent miasta Hanny Gronkiewicz-Waltz. GUS odpowiedział na te zarzuty publikując jednocześnie dane (arkusz Excela), po czym autor artykułu w Rzeczpospolitej podtrzymał je w kolejnym artykule, GUS potwierdza i obraża.
Każdy może obejrzeć dane w linkowanym arkuszu Excela, niemniej zamieszczamy zrzut ekranowy z publikacji GUS (kliknij, aby powiększyć):
Na podstawie tych danych sporządziłem dodatkowo wykres, który bardziej obrazowo ilustruje dynamikę strumieni emigracyjnych i bieżący stan naszej emigracji w Europie i na świecie. Wykres pokazuje poszczególne lata od 2002 roku, przy czym NSP oznacza tu Narodowy Spis Powszechny.
Nie wdając się w polityczne uwarunkowania stanowiska obu stron (GUS i raczej antyrządowa gazeta), zwróćmy przede wszystkim uwagę na fakty.
W pierwszej kolejności trzeba zauważyć, że liczba emigrantów w zasadzie już nie rośnie. Po 2004 roku zwiększała się szybko na skutek naszego wejścia do UE, po czym, osiągnąwszy po trzech latach liczbę ponad 2 mln, od sześciu lat pozostaje mniej więcej na stałym poziomie, nie osiągnąwszy jednak wielkości kulminacyjnych z okresu 2007-2008. To naturalnie zasób (w sensie matematycznym - stan w danym punkcie czasowym) zmienny, stale się odnawiający - część stanowią osoby trwające tam przez lata, niektórzy wracają do kraju, a na ich miejsce przyjeżdżają nowe osoby. Tylko demografowie uzbrojeni w odpowiednie narzędzia badawcze byliby w stanie prognozować, czy wielkość emigracji będzie się zmieniać (np. zwiększać), aczkolwiek można chyba zaryzykować hipotezę, że o ile nie pojawi się jakiś kataklizm ekonomiczny, emigracja nie będzie się powiększać, że osiągnęła swój naturalny poziom, biorąc pod uwagę uwarunkowania ekonomiczne, społeczne i psychologiczne. To nie 19-wieczna Irlandia, gdzie zaraza ziemniaczana spowodowała straszliwy głód i masową emigrację do Ameryki.
Można zauważyć, że mamy tu do czynienia z dwiema filozofiami warunkującymi postawę dwóch stron konfliktu politycznego w Polsce. Stronnicy Prawa i Sprawiedliwości (szerzej, prawicy) uważają z przyczyn ideologicznych, iż Polacy powinni żyć i pracować w Polsce, a każdy tysiąc emigrantów to zbędny upust krwi, podczas gdy liberalna część społeczeństwa wychodzi z założenia, że to naturalny objaw wolności, jakimi cieszą się dziś Polacy, zwłaszcza wolności politycznych i ekonomicznych w Unii Europejskiej.
Rynkiem pracy jest dzisiaj Europa, nie pojedynczy kraj, a choć polska gospodarka z przyczyn strukturalnych wytwarza od ćwierć wieku zbyt mało miejsc pracy (szybki rozwój ekonomiczny - 242% od 1991 roku - jest osiągany dzięki zdecydowanej poprawie ilości i jakości trwałych środków pracy oraz organizacji i zarządzania, a nie dzięki sile roboczej) i nie jest to zjawisko w pełni korzystne, to europejski rynek pracy absorbuje po prostu nadwyżki pracowników. Trudno to uznawać za kataklizm - kiedyś ruchy pracowników miały miejsce między regionami kraju, dzisiaj między euroregionami. Czy ktoś pracuje w Warszawie lub Krakowie, czy też w Berlinie lub Londynie (inne miasta w ramach tego samego Eurolandu), jest w zasadzie obojętne i nie należy podnosić z tego tytułu alarmu.
Oczywistą korzyścią z emigracji - poza absorbcją bezrobotnych pracowników - jest to, że emigranci utrzymują swoje rodziny w kraju (w 2012 roku 17,4 mld zł przysłanych dla rodzin), a także zyskują dodatkowe kwalifikacje, poznając język i odmienne techniki, technologie i organizację pracy. Nawet jeśli część z nich nie zdecyduje się na powrót do kraju, to pozostali zasilą w którymś momencie swoim kapitałem i umiejętnościami polską gospodarkę.
Podsumowując te zwięzłe uwagi, tembr publikacji w Rzeczpospolitej uważam za zdecydowanie zbyt alarmistyczny, czego dowodzą pokazane liczby - będąc zwolennikiem liberalizmu politycznego i ekonomicznego widzę raczej szklankę w 80 procentach pełną niż w 20 procentach pustą. Nie lekceważąc wcale tendencji demograficznych i skutków emigracji, dopatruję się w niej znacznie więcej korzyści niż strat. Jeśli coś mnie niepokoi, to w pierwszej kolejności zaściankowa, bogoojczyźniana filozofia obecnej opozycji, która w naturalnych wolnościach obywatelskich upatruje nieszczęścia dla swojej wizji świata. Sądzę zresztą, że potrzebna jest szeroka dyskusja na ten temat.
----
Polecam przy okazji:
- Artykuł Jana Cipiura w Obserwatorze Finansowym: Polacy są liderami emigracji; ktoś musi ich tu zastąpić.
- Artykuł Bohdana Wyżnikiewicza w Onecie: Skutki emigracji dla polskiej gospodarki.