wtorek, 25 września 2012

Pijany i latarnia

Obejrzałem wczoraj debatę ekonomiczną PiS. Nie zamierzam się wcale nad nią pastwić, bo jej uczestnicy wygłosili w niej szereg trafnych i cennych uwag dotyczących przede wszystkim stanu finansów państwa, a zwłaszcza systemu podatkowego. Nie znaczy to wcale, że było to coś nadzwyczaj odkrywczego - takie tezy są powszechnie znane, a tutaj mieliśmy do czynienia z debatą przed oczami szerszej publiczności, gdy zazwyczaj ekonomiści rozmawiają w zaciszu instytucji akademickich.

Naturalnie były wystąpienia zupełnie od czapy. Jakiś pan Wróbel przypominał mi swoimi fantasmagoriami kandydata na prezydenta Polski sprzed 17 lat, producenta zdrowotnych papuci, niejakiego Piotrowicza. Inny pan, nieustannie klejący się do partii politycznych Janusz Szewczak (obecnie przyklejony do SKOK-ów) wygłosił jakieś księżycowe opinie, opierając się na wziętych z sufitu danych. Ale jeśli pominąć tych oryginałów, jak też osoby wyraźnie nastawione na autopromocję, było tam kilka sensownych i przytomnych wystąpień - najzabawniejsze wygłosił Robert Gwiazdowski wyśmiewający język ustaw podatkowych. Innym elementem komediowym był obszerny Zwischenruf prezesa PiS, który powołując się na istnienie w ekonomii elastyczności popytowej i podażowej (nie podał jednak, względem czego) rzucił rozkosznie nonsensownym hasłem elastyczności (hi hi) pauperyzacyjnej! Duża kupa czy kurza dupa, prezesowi było chyba wsio rawno...

Nie bardzo sobie wyobrażam obecność Balcerowicza i Kołodki, którzy są silnymi osobowościami i mieliby chyba trudności z utrzymaniem się w formule spotkania. Podobnie, obecność min. Rostowskiego wydaje się zupełnie zbędna, bo po prostu o projekcie PiS w zasadzie nie rozmawiano i minister nie miałby czego prostować. A podczas wystąpienia Szewczaka pewnie i tak by zemdlał, słuchając wyliczeń tego pana.

Biedny Krzysztof Skowroński, jako moderator, usiłował trzymać jakoś towarzystwo w pobliżu tez ekonomicznych PiS, ale owo wolało mówić raczej o realnych problemach niż roztrząsać program partii. No i słusznie.

A tytuł wpisu bierze się stąd, że Jarosław Kaczyński "podsumował" debatę stwierdzeniem o konieczności budowania nowego państwa. Czyli co by nie mówili w czasie spotkania, prezesowi i tak się wszystko kojarzy z IV RP. Debatą posłużył się więc jak pijany latarnią - nie by się oświecić, lecz by się podeprzeć.

No i jeszcze mówił coś o multazjanizmie...

niedziela, 9 września 2012

Ciągle zielona wyspa

Grzebałem akurat nieco w statystykach, w rachunkach narodowych (przystępny opis i dane są w opublikowanym kilka tygodni temu małym roczniku statystycznym GUS 2012 -http://stat.gov.pl/gus/5840_737_PLK_HTML.htm) i skomasowałem dane dotyczące wzrostu PKB w okresie od pierwszego kwartału 2006 do drugiego kwartału 2012, czyli za okres 6,5 roku (od pierwszego pełnego kwartału premiera Marcinkiewicza po najnowsze). Są to dane typu kwartał do kwartału poprzedniego roku. Ten dość długi okres pokazuje wyraźnie wieloletnie trendy.

Wykres pochodzi z Excela i pokazuje, jak po okresie świetnej koniunktury światowej kryzys ekonomiczny z lata 2008 dosłowni nas udusił, spychając tempo do niewiele powyżej zera - aż trzy kwartały borykaliśmy się, by wyjść na dobre tempo wzrostu. Teraz widać, jak kolejna fala kryzysu chce nas zepchnąć w dół i jak kluczową rolę odgrywa zręczny główny księgowy.

czwartek, 6 września 2012

Nauczyciele i demografia

Według linkowanego niżej rocznika "Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2010-2011" obecnie jest w Polsce ok. 400 tys. nauczycieli szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych, z czego niemal 92% w sektorze publicznym. Obsługują oni ok. 5,2 mln uczniów (w roku 2000-2001 aż 7,3 mln).

Kilka dni temu w felietonie dotyczącym stanu oświaty stwierdzono m. in., że  na samym Podlasiu zostanie w tym roku zwolnionych 700 nauczycieli. Gdyby ekstrapolować tę liczbę na cały kraj, można by się spodziewać zwolnienia ok. 10-12 tys. nauczycieli, czyli mniej więcej 2,5-3% zatrudnionych. To naturalnie ileś tysięcy ludzkich dramatów, ale na tle globalnych liczb nie jest obrazem rozkładu oświaty, zwłaszcza wobec spadku liczby dzieci i młodzieży aż o 30% w ciągu dekady.

Nauczyciele to elita - znaczna większość z wyższym wykształceniem, o poziomie intelektualnym i kulturalnym mocno wykraczającym ponad średnią w całym społeczeństwie. To skarb, który należy chronić i jak najlepiej wykorzystywać. Zapewne inteligencja i elastyczność pozwoli większości zwalnianych znaleźć pracę, choć szkoda zawsze każdej osoby.

Demografia to dość ścisła nauka, operująca sprawdzonymi modelami i coraz lepszą techniczną aparaturą. Pozwala całkiem precyzyjnie określać zmiany ludnościowe w czasie, a przede wszystkim wielkość kolejnych roczników dzieci i młodzieży przechodzących potem przez kilkunastoletni tunel edukacyjny. Kształcenie nauczycieli też się da do tego dostosowywać, choć zapewne nie tak precyzyjnie, jak dawniej, gdyż nie cała edukacja akademicka jest dziś publiczna. W każdym razie to trendy demograficzne są dzisiaj zmienną niezależną, a cała reszta musi się do tego dopasować - oby jak najmniejszym kosztem społecznym.

A tak na marginesie - zaskakująco rzadko mówi się o zmniejszaniu grup uczniowskich, co stanowiłoby prosty bufor chroniący przez zwolnieniami. Nie wiem, dlaczego tak jest.

http://stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/e_oswiata_i_wychowanie_2010-2011.pdf