niedziela, 29 września 2013

Wieś bliżej miasta

Wspomniana już nieco wcześniej (Nasze dochody i wydatki) publikacja GUS Budżety gospodarstw domowych w 2012 r. (po raz kolejny zachęcam do pobrania tej arcyciekawej pracy i przyjrzenia się zawartości) zawiera wiele niezwykle ciekawych, wręcz zaskakujących informacji. Mówiliśmy wtedy m.in. o dochodach rozmaitych grup społeczno-ekonomicznych, w tym o dochodach rolników, którzy ciągle pozostają o 15% w tyle za średnią krajową dochodu rozporządzalnego na mieszkańca Polski (odpowiednio 1278 i 1091 zł miesięcznie).

Dalsze tabele i wykresy prezentują na tym tle ciekawe informacje dotyczące różnic między tzw. klasami miejscowości zamieszkania, czyli z grubsza mówiąc, między miastem i wsią (40% ludności kraju) - to podział zbliżony, choć nie tożsamy. Przywołamy tu bezpośrednio wykres 6 z publikacji GUS:

image

Jak widać (rok 2012 jest reprezentowany przez kolor różowy), wieś z dochodem rozporządzalnym 1028 zł jest o 21% za średnią krajową, o 29% za miastami ogółem, a aż 49% za miastami powyżej 500 tys. mieszkańców (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań), co potwierdza naturalnie fakt, iż bieżący strumień dochodów ludności rolniczej lub wiejskiej jest zauważalnie niższy. Ale czy przekłada się to na bieżącą konsumpcję (strumień w jednostce czasu) lub stan posiadania (zasób w danym momencie)? Podane przez GUS informacje ilustrują zastanawiający kontrast między tym, co wieś zarabia, a tym, co konsumuje lub posiada.

Weźmy najpierw na tapetę spożycie artykułów żywnościowych na 1 osobę, naturalnie w ogólnych kategoriach. Jak widzimy na przytoczonym wykresie 12, w najważniejszych kategoriach mieszkańcy wsi spożywają więcej niż mieszczuchy, choć mają przecież zauważalnie mniejszy dochód rozporządzalny i jeszcze mniejsze wydatki (wyższy udział oszczędności).

image

Kolejny wykres, numer 14, potwierdza zaskakująco wysoki stan posiadania mieszkańców wsi, jak na różnicę w dochodzie rozporządzalnym. Zdumiewać może niespodziewanie wysoki udział posiadaczy komputerów z Internetem, w tym zwłaszcza Internetem szerokopasmowym. Powszechna fascynacja telefonem komórkowym (przypomnijmy, 55 mln numerów) jest równie wysoka na wsi, jak i w mieście. Nawet zmywarka do naczyń, kiedyś traktowana trochę jak wielkopańska wydumka, jest niewiele mniej popularna niż w mieście. Samochodów osobowych jest wręcz o ponad 13 punktów procentowych więcej.

image

I jeszcze jeden wykres (15), ilustrujący wybrane instalacje techniczno-sanitarne - widać wyraźnie, że wieś pozostaje minimalnie w tyle za miastem, choć wiadomo przecież, że inwestycje infrastrukturalne są droższe tam, gdzie efekt skali jest mniejszy. Gdy nałożyć to na fakt, że przeciętne mieszkanie na wsi ma 92 m kw. powierzchni użytkowej, a mieszkanie w mieście 63,7 m kw. (Mały Rocznik Statystyczny 2013, s. 233, tabl. 6), to okaże się, że wieś bardzo energicznie nadrabia zapóźnienie cywilizacyjne, choć oczywiście nie przesłania to istnienia jeszcze obszarów ubóstwa.

image

piątek, 27 września 2013

Kiedy dogonimy Europę?

Poniższa symulacja pokazuje szacunkowe tempo wzrostu PKB per capita Unii Europejskiej, Polski i Chin w następnych latach (mierzone w USD). Przyjęliśmy tu średni wzrost UE 2% (niebieska linia), Polski 3,5% (zielona linia) i Chin 7% (czerwona linia). Punkty przecięcia pokazują miejsca zrównania PKB przy danej szybkości wzrostu.

Microsoft Excel - panuj nad wykresami

Kilka miesięcy temu nagrałem screencast zatytułowany "Microsoft Excel - panuj nad wykresami". Przypominam go tutaj z okazji zbliżającego się roku akademickiego - studenci to akurat grupa zawodowa szczególnie często posługująca się arkuszami kalkulacyjnymi, a Excelem w szczególności. Prezentacja danych to dziś wręcz sprawność cywilizacyjna na studiach, zarówno w naukach przyrodniczych, jak i społecznych, jak zwłaszcza nauki ekonomiczne.

Zrozumienie technik Excela jest tu niezbędne, a z doświadczenia wiem, że to potężne narzędzie potrafi onieśmielić wiele osób (kłopoty znajomych są tu moją motywacją) - chyba większość użytkowników ogranicza tworzenie wykresów do najbardziej elementarnych technik, zwykle gotowców.

W screencaście staram się wytłumaczyć logikę tworzenia wykresów, pokazać wyraźnie trzy etapy tego procesu i odpowiadające im narzędzia. Czy mi się to udało, nie mnie oceniać, tym niemniej jest duża szansa, że zainwestowanie 12 minut w uważne obejrzenie tego filmu pozwoli zrozumieć, o co tu chodzi, a oszczędzić też dziesiątek godzin pracy i zbędnej frustracji. Zrozumienie pozwala zapamiętać, a odwrotna zależność nie jest prawdziwa. Nagrywając screencast, posługiwałem się jedną z dwóch najpopularniejszych dziś wersji Excela, 2007.

Oryginalny film ma wymiary 1280x720 px, maksymalną rozdzielczość 720p (HD), którą warto włączyć. Polecam jak największy interfejs w YouTube.

Bezpośredni link: https://www.youtube.com/watch?v=jk09uMp9-uc

czwartek, 26 września 2013

Żywy arkusz kalkulacyjny w blogu

Usługa Dokumenty Google pozwala tworzyć arkusz kalkulacyjny i umieszczać go w blogu czy na stronie internetowej. Najważniejszą cechą takiego arkusza jest jego żywy, dynamiczny charakter - arkusz w blogu pokazuje bieżący stan obliczeń i każda zmiana w tabeli jest automatycznie odzwierciedlana w blogu.

Aby utworzyć arkusz, musisz przejść do usługi Dysk Google i kliknąć przycisk Utwórz.

image

Po kliknięciu polecenia Arkusz przechodzimy do aplikacji Arkusze kalkulacyjne i tworzymy arkusz. Po zakończeniu pracy należy teraz opublikować arkusz w Internecie.

  • W menu Plik wybierz polecenie Opublikuj w Internecie.
  • W oknie Publikuj w Internecie kliknij przycisk Rozpocznij publikowanie.
  • Kliknij przycisk Strona internetowa i wybierz opcję Kod HTML do umieszczenia na stronie.
  • Skopiuj kod <iframe…> do schowka i umieść go w kodzie źródłowym strony czy blogu, o ile twoja usługa akceptuje wstawianie osadzanych ramek (Blogger i WordPress akceptują). Możesz ręcznie zmienić rozmiar interfejsu arkusza, czyli parametry width i height.

image

I tak wygląda żywy obraz arkusza - gdy zmienisz dane w dokumencie źródłowym, czyli arkuszu w swoich Dokumentach Google, zostanie to odzwierciedlone w wyświetlanym tutaj arkuszu (może mieć miejsce drobne opóźnienie czasowe). W dowolnym momencie możesz też zakończyć publikowanie, za pomocą przycisku Zakończ publikowanie. Suwak pod arkuszem pozwala przewijać arkusz, jeśli jest zbyt szeroki.

środa, 25 września 2013

Ciekawe losy polskiej książki

Obracając się od najwcześniejszych lat wśród książek, od dawna interesowałem się ich rynkiem, zwłaszcza wtedy, gdy zajmowałem się nimi zawodowo w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego (BUW), wymieniając je z kilkunastoma krajami, głównie USA.

W tamtym okresie, w latach 80-tych, na polskim rynku pojawiało się z grubsza - sięgam do zawodnej pamięci - 10 tys. tytułów rocznie. Liczba ta powtarzała się przez długie lata. Nie pamiętam niestety ówczesnej rocznej produkcji, ale utkwiło mi w pamięci, że wtedy były znacznie większe nakłady poszczególnych tytułów. Wynikało to z kilku przyczyn, przede wszystkim faktu, że znacznie bardziej ujednolicony był rynek książek szkolnych (dziś walczy ze sobą wiele tytułów pisanych na podstawie ogólnych wytycznych ministerialnych, a i młodzieży szkolnej jest znacznie mniej - sam jestem zresztą uczestnikiem tego boju), wiele tytułów wydawano w wielkich nakładach z przyczyn ideologicznych (dzieła klasyków marksizmu-leninizmu czy przemówienia przywódców partyjnych) albo też wspierano finansowo “swoich”, np. pisarzy i poetów o jedynie słusznych poglądach (choć tutaj niektórzy wydawcy sabotowali dyrektywy, podając w stopkach nakłady w okolicach 100 tysięcy, a drukując faktycznie dziesięć razy mniej - autor dostał honorarium od nominalnego nakładu, a deficytowy papier został oszczędzony).

Sięgam dzisiaj do ciekawych GUS-owskich źródeł dotyczących kultury, przede wszystkim nowej publikacji Kultura w 2012 roku. W części opisowej, na stronie 72, umieszczona została dość bulwersująca informacja o gwałtownym ubiegłorocznym spadku produkcji wydawniczej, o 15,2%, co przy wzroście liczby tytułów o 8,4% przełożyło się na spadek przeciętnego nakładu z 3 do 2,3 tys. W ciągu zaledwie jednego roku! Poniższa ilustracja - tabela umieszczona na stronie 73 (pierwotnym źródłem są dane Biblioteki Narodowej) - jest świadectwem szokowego wręcz trendu wydawniczego, czyli dwukrotnego zmniejszenia przeciętnych nakładów tytułów w ciągu zaledwie 12 lat. O ile jeszcze można w jakimś stopniu, choć nie w pełni, zrozumieć spadek nakładów książek szkolnych (w okresie tym liczba uczniów zmniejszyła się o 30%, co opisywałem w tekście Jak maleje liczba uczniów i co z tego wynika), to jednak głównych przyczyn tego stanu rzeczy trzeba szukać gdzie indziej.

image

Co interesujące, szybko rosła ostatnio liczba tytułów, przekraczając już w ubiegłym roku 34 tysiące, czyli 3,5-krotnie więcej niż 30 lat temu, natomiast dużym wahaniom podlega łączna produkcja (nakład w tys.). W zasadzie, przy zauważalnych wahaniach, nie zmienia się liczba egzemplarzy na 1000 ludności. Liczba tytułów zdaje się naśladować rynki rozwiniętych państw zachodnich, gdzie zawsze było ich znacznie więcej niż w Polsce.

image

W ostatnich latach pojawia się nowy ślad, który będzie musiał być rzetelnie zbadany przez kulturoznawców i statystyków. Niewątpliwie możliwości techniczne spowodowały, że znacząco zwiększyło się piractwo książkowe, co dotyczy zwłaszcza książek akademickich i szczególnie atrakcyjnych tytułów ze sfery beletrystyki. Po drugie, rośnie sukcesywnie także legalny obieg książek elektronicznych (oryginalnych lub mających papierowy odpowiednik), które nie są jeszcze uwzględniane w statystykach - wystarczy przecież sprzedaż na poziomie tysiąca egzemplarzy, by stanowiła ona istotny odsetek sprzedaży danego tytułu i zaniżała oficjalną statystykę.

I kolejny trop, który intuicyjnie kojarzy się z obecną sytuacją, choć wymagałby solidnych i zaawansowanych metodologicznie badań - nie zmienia się podstawowy zasób, który odgrywa fundamentalną role w naszych zachowaniach kulturowych, a więc ilość dostępnego czasu. O niezmienne 24 godziny konkuruje dziś znacznie więcej atrakcyjnych ofert niż 10, 20 czy 30 lat temu. Nie jestem w stanie skwantyfikować tej hipotezy twardymi liczbami, ale mam tu tzw. silne wewnętrzne przekonanie, że powszechny dostęp do Internetu, a szczególnie do serwisów społecznościowych, zauważalnie zmniejszył ilość czasu, jaką skłonni jesteśmy poświęcić na czytanie książek. Facebook, Twitter czy YouTube rabują po prostu sporo czasu - wiele osób woli kontakty z innymi niż książkowe zacisze.

Nie umiem powiedzieć, czy i w jakiej mierze spadek czytelnictwa tradycyjnego, papierowego tytułu zostanie zrekompensowany przez czytanie ebooków (na Zachodzie pojawiły się już wstępne badania sugerujące znaczącą zmianę nawyków czytelniczych, przede wszystkim w kontekście czytników, jak Kindle). Rynek książki podlega dziś fundamentalnym zmianom, którym warto się uważnie przypatrywać.

niedziela, 22 września 2013

Nasze dochody i wydatki

Jedną z najcenniejszych publikacji Głównego Urzędu Statystycznego w ostatnich miesiącach jest praca zatytułowana Budżety gospodarstw domowych w 2012 r. (plik PDF do pobrania). Zawiera ona obszerne informacje na temat stanu zamożności polskich rodzin, oczywiście w rozmaitych przekrojach.

Gotów jestem pójść o zakład, że większość osób nie ma pojęcia, jak duże są miesięczne dochody i wydatki w Polsce, w przeliczeniu na jedną osobę. Cytowane niżej dane dają właśnie ten generalny obraz, który warto zapamiętać w ogólnym zarysie, by móc się nim posłużyć w toku jakiejś dyskusji.

Metodologia badania jest opisana w pierwszej części publikacji. Na stronie 18 zawarta jest definicja dochodu rozporządzalnego, który z grubsza można określić jako sumę bieżących dochodów gospodarstwa domowego z poszczególnych źródeł pomniejszoną o podatki i zaliczki na podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. W skład dochodu rozporządzalnego wchodzą dochody pieniężne i niepieniężne, w tym spożycie naturalne. Dochód rozporządzalny przeznaczony jest na wydatki oraz przyrost oszczędności (kojarzy się to oczywiście z konsumpcją i oszczędnościami z każdego kursu makroekonomii).

Tak więc uzbroiwszy się w definicję tego, co tutaj mierzymy i porównujemy, możemy przytoczyć kilka liczb (str. 47-48 cytowanej publikacji).

W pierwszej kolejności sprawdzimy, jak kształtował się rozporządzalny dochód nominalny na jedną osobę w okresie 2003-2012. Pokazuje to poniższa tabela, która dotyczy wszystkich badanych gospodarstw domowych:

image

Zwróćcie uwagę po pierwsze na to, że są to wielkości nominalne, bez uwzględnienia inflacji. Jeśli uwzględnimy wzrost cen w tym okresie na poziomie 22%, to okaże się, że realny przyrost wyniósł w ciągu dekady ok. 47%. (nominalny 79%).

W badanym okresie szybko malał udział wydatków w dochodzie rozporządzalnym, choć same wydatki w wymiarze pieniężnym rosły (za wyjątkiem 2005 roku). Po prostu ludzie coraz więcej oszczędzają i odkładają.

I wykres - buraczkowy kolor oznacza oszczędności, których udział jest zawsze tym większy, im wyższy dochód, co jest ogólnoświatową prawidłowością:

image

A teraz przyjrzyjmy się, jak rozkładał się dochód rozporządzalny w 2012 roku (czyli ostatnim z powyższej serii) na podstawowe grupy ekonomiczno-społeczne - badani ogółem, pracownicy, rolnicy, pracujący na własny rachunek, emeryci, renciści.

Na pewno zaskoczy wielu fakt, że emeryci są na drugim miejscu, aczkolwiek zazwyczaj gospodarstwa emeryckie są mniejsze niż przeciętnie (1-2 osoby), zatem wydatki stałe (np. czynsz, energia) rozkładają się na mniej osób. Najgorszą sytuacje mają renciści, których renty są znacząco mniejsze od emerytur. Rolnicy w dalszym ciągu pozostają poniżej średniej krajowej - w ubiegłym roku o ok. 15% w tyle. Co więcej, choć współczynnik Giniego dla Polski (miara zróżnicowania dochodów, w przedziale 0-1) wynosi 0,34, to w przypadku dochodów rolników wynosi aż 0,56 (str. 41 publikacji), co świadczy o znacznym rozwarstwieniu ekonomicznym na wsi.

image.

I pokażmy jeszcze, na co wydajemy nasze dochody, te 1050 złotych na osobę - dane dla całego kraju. Jak widać, zdecydowanie dominują żywność i napoje bezalkoholowe (ponad 25%) oraz użytkowanie mieszkania i nośniki energii (ponad 20%). Dane ułożone są zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

image

sobota, 21 września 2013

Spadek wzrostu to nie spadek

Temat wpisu może się wydawać całkowicie banalny i pasujący do poziomu wiedzy gimnazjalistów, jednak okazuje się, że są sprawy, które trzeba nieustannie tłumaczyć nawet bardziej dojrzałym ludziom. Adresuję go zatem do trzech grup osób, które zaskakująco często popełniają pewien charakterystyczny błąd w ocenie sytuacji gospodarczej - polityków, dziennikarzy i uczestników dyskusji internetowych. Błędem tym jest utożsamianie spadku tempa wzrostu gospodarki ze spadkiem, z recesją.

Przyjmijmy, że gospodarka rozwija się w roku 2010 w tempie 3% i rośnie z poziomu 1000 na 1030 mld talarów. W 2011 roku tempo wzrostu spada do 2% i gospodarka rośnie teraz z poziomu 1030 do poziomu 1050,6 mld talarów. I w tym momencie pojawia się ów błąd. Otóż wiele osób uważa, że spadek tempa wzrostu z 3 do 2% jest spadkiem gospodarki i gotowe są rozgłaszać, że gospodarka jest w recesji, co jest oczywistym błędem. Gospodarka dalej się rozwija, a tylko w nieco wolniejszym tempie. Spadłaby dopiero wtedy, gdyby tempo wzrostu było ujemne, a więc gdyby na przykład w 2012 roku wyniosło -1%, zaś gospodarka spadła do poziomu 1040,1 mld talarów.

Ten błąd popełniają niedouczeni posłowie, liczni uczestnicy dyskusji internetowych sprzyjający tej czy innej partii, a nawet, o zgrozo, dziennikarze, którzy powinni mieć elementarną znajomość ekonomii i rachunków, bo ich słowo z natury rozchodzi się szeroko.

Aby unaocznić, co dzieje się przy rozmaitych wielkościach tempa wzrostu, pokażmy fikcyjną gospodarkę w okresie 1990-2012 - odpowiada ona rzeczywistemu wzrostowi wielu europejskich państw. W roku 1990 ma PKB o wielkości 1000 jednostek, w 1991 roku rośnie o 2,3% i osiąga 1023 jednostki. W całym okresie odnotowuje 4 lata ujemnego wzrostu gospodarczego (to te komórki z czerwonym podlewem, lata 1998, 1999, 2007 i 2008), a wtedy PKB spada. W tabeli wielokrotnie się zdarza natomiast, że tempo wzrostu - choć ciągle dodatnie - jest mniejsze niż w roku poprzednim. Przykładowo w roku 1995 (2,9%) jest mniejsze niż w 1994 (4,2%), ale naturalnie gospodarka ciągle rośnie, choć właśnie ci niedouczeni gotowi są opowiadać, że spada.

A teraz tabela:

image

I odpowiadający tabeli wykres, w którym lata ujemnego wzrostu i rzeczywistego spadku są zaznaczone czerwonym kolorem:

image

Wyjaśnianie tak oczywistych, wydawałoby się, spraw może się wydać zbędne, ale ogląd telewizji i Internetu pokazuje, że ciągle wiele osób myli spadek wzrostu ze spadkiem, podczas gdy gospodarka ciągle rośnie, tyle że nieco wolniej niż poprzednio. Gospodarka będzie spadać jedynie wtedy, gdy tempo wzrostu będzie ujemne. To właśnie “czerwone” lata w tabeli i na wykresie.

czwartek, 19 września 2013

Policja i przestępstwa w Europie

Ciekawe dane dotyczące szeroko rozumianych spraw przestępczości i policji gromadzi Eurostat. Poniższa tabela zawiera dane z poprzedniej dekady dotyczące liczby funkcjonariuszy ogółem oraz w przeliczeniu na 100 tys. ludności - obejmuje kraje Unii Europejskiej oraz kilka spoza niej. Liczby pochodzą z 2010 roku.

Średnia europejska wynosi ok. 336 funkcjonariuszy, czyli można zapamiętać, że z grubsza co trzysetny obywatel Unii jest policjantem.  Co ciekawe, Polska jest wyraźnie poniżej średniej - jedynie ok. 250 funkcjonariuszy. Dość dziwne dane zawiera wiersz Węgier - w 2008 roku musiała nastąpić jakaś reforma, gdyż trzykrotnie zmalała liczba funkcjonariuszy. Poza tabelą są Stany Zjednoczone (ponad 700 tys, funkcjonariuszy policji, czyli z grubsza podobna jak w Polsce liczba na 100 tys. osób). Kraje skandynawskie są w końcu tabeli, choć przestępczość jest tam spora. Tabela posortowana jest według liczby funkcjonariuszy na 100 tys. ludności (kolumna G).

Kliknij tabelę, aby powiększyć obraz.

image

Szokujące, aż trudne do uwierzenia dane ukazują się po przeliczeniu liczby przestępstw na liczbę ludności - zdecydowanie przoduje Szwecja, co zadaje kłam powszechnemu przekonaniu o łagodności tamtejszych społeczeństw. Pozostałe kraje skandynawskie także są w pierwszej połowie tabeli. Polska jest dość daleko w tym rankingu.

Kliknij, aby powiększyć obraz.

image

Źródło: http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/Crime_statistics/pl

Zobacz też: Spadek przestępczości - megatrend?

poniedziałek, 16 września 2013

Płeć a luka płacowa

Traktat założycielski Unii Europejskiej jako jedną z fundamentalnych zasad przyjmuje równość płci, a tym samym równość płacy za tę samą pracę. Życie jednak toczy się nie zawsze zgodnie z pryncypiami i od samego początku odnotowywane jest zjawisko noszące anglojęzyczną nazwę Gender Pay Gap (GPG), co można przetłumaczyć z grubsza jako luka w płacach wynikająca z płci. Jest ona definiowana jako średnia różnica między godzinowymi zarobkami mężczyzn i kobiet odniesiona do płac mężczyzn, jako przeciętnie wyższych.

Wynika ona naturalnie z rozmaitych przyczyn natury prawnej, ekonomicznej i społecznej, jak choćby faktu, że mężczyźni i kobiety wykonują nierzadko odmienne zawody czy pracują według odmiennych wzorców. O ile aspekty obiektywne wpływające na zróżnicowanie płac (np. wysoko płatna, ciężka praca w zawodach typowo męskich, jak górnictwo) nie budzą większych kontrowersji, zdecydowanie większej krytyce podlegają różnice wynikające z przyczyn kulturowych, gdzie taka sama praca, wydajność, kwalifikacje, zakres odpowiedzialności i doświadczenie są niżej wyceniane w przypadku kobiet niż w przypadku mężczyzn. Podobnie, krytyce podlega dyskryminacja zawodowa polegająca na zajmowaniu przez mężczyzn bardziej prestiżowych i wyżej płatnych miejsc pracy (zaledwie 1/6 stanowisk menedżerskich w dużych kompaniach w UE zajmują kobiety), podczas gdy zawody bardziej sfeminizowane (np. ochrona zdrowia, edukacja, administracja, gdzie jest dwukrotnie więcej kobiet) są dyskryminowane płacowo. Stoi to w jaskrawej sprzeczności z faktem, że w Unii Europejskiej 60% nowych absolwentów uniwersytetów stanowią kobiety.

Istotny wpływ na ścieżki zawodowe mają tradycje i stereotypy wpływające na wybór wykonywanych zawodów, a obiektywnym czynnikiem są naturalnie role społeczne wynikające z płci, które w przypadku kobiet stanowią silniejsze ograniczenie.

O przyczynach różnic pisze m.in. dokument unijny zatytułowany What are the causes? Obszerne informacje zawiera również anglojęzyczna Wikipedia.

Różnice płac, jako w pełni wymierne, są naturalnie ujęte w statystykach Unii Europejskiej. Zaskakuje w nich szybki spadek luki w Polsce, która jeszcze kilka lat temu wynosiła 15%, a obecnie jest trzykrotnie mniejsza. Bedzie to mieć naturalnie zauważalny wpływ na poziom emerytur, zmniejszając w przyszłości różnice między męskimi i kobiecymi. Polska ma według danych w tej tabeli drugą najniższą lukę w Europie, jeśli nie liczyć Turcji, której dane pochodzą z 2006 roku. Tabela obejmuje kraje UE oraz kilka spoza Unii.

image

Źródło danych: http://epp.eurostat.ec.europa.eu/tgm/table.do?tab=table&init=1&plugin=1&language=en&pcode=tsdsc340

czwartek, 12 września 2013

Skumulowany wzrost PKB w UE w okresie 2007-2012

W wydanym właśnie opracowaniu GUS zatytułowanym Sytuacja makroekonomiczna w Polsce w 2012 r. na tle procesów w gospodarce światowej na stronie 24 jest wykres ilustrujący skumulowany wzrost (lub spadek) PKB krajów Unii Europejskiej w okresie 2007-2012, a więc z okresu tuż przed kryzysem aż po ostatni pełny rok.

Dane zawiera tabela - uporządkowanie od najgorszych do najlepszych wyników:

image

I utworzony na podstawie tabeli wykres, który wbrew krytyce ze strony opozycji i związków zawodowych jasno pokazuje, że Polska (niebieski słupek) dalece wyprzedziła Europę i odnotowała mimo kryzysu przyzwoity wzrost. 11 krajów zanotowało także wzrost, cała Unia spadła natomiast o 0,8%. Dramatyczny spadek stał się udziałem Grecji - to istna degrekolada.

Kliknij ilustrację, by ją powiększyć.

image

wtorek, 10 września 2013

Emerytury i renty z lotu ptaka

Przypuszczam, że większość osób nie ma orientacji, jaka jest skala emerytur i rent wypłacanych w Polsce, głównie przez najważniejszą powołaną do tego instytucję - Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Na podstawie danych statystycznych pokażemy tutaj zatem skalę, proporcje i dynamikę tych świadczeń. Jak mawia się w języku angielskim, big picture. To oczywiście bardzo zgrubny zarys - zainteresowanych odsyłam do linkowanych źródeł.

Źródło danych: Struktura wysokości emerytur i rent wypłacanych przez ZUS po waloryzacji w marcu 2013 roku (ZUS, 2013, plik PDF)

W marcu 2013 roku “stypendystami ZUS”, jak niektórzy żartobliwie mawiają o sobie, było 7,33 mln osób, z czego emerytury pobierało 4,97 mln (67,8% zusowców), renty z tytułu niezdolności do pracy 1,09 mln, natomiast renty rodzinne - 1,27 mln. Co ciekawe, liczba rent z tytułu niezdolności do pracy szybko maleje, gdyż ZUS od kilku lat weryfikuje zasady ich przyznawania. W latach 90-tych mnóstwo osób “uciekło” przed bezrobociem na renty (wystarczyło wtedy przedstawić byle jakie zaświadczenie), a gdy obciążenia państwa stały się nieznośne, ZUS zaczął weryfikować uprawnienia. Dwa lata temu rent tych było 100 tys. więcej, a w 2005 roku ich liczba wynosiła aż 2 mln (wg Małego Rocznika Statystycznego 2013, tabl. 6, str. 185).

image

W innym źródle znajdziemy nieco wcześniejsze (2011) dane, jak wielkie są globalne wydatki na emerytury i renty. Mówi o tym publikacja Emerytury i renty w 2011 roku, gdzie na stronie 23 znajdujemy szczegółowe liczby: Łączna kwota świadczeń emerytalno-rentowych w 2011 roku wyniosła 177,3 mld zł, z czego w pozarolniczym systemie ubezpieczeń 161,6 mld (dla 7,80 mln osób), w tym interesujący nas najbardziej ZUS 148,5 mld zł, a pozostałe 13,1 mld wypłaca kilka ministerstw poza ZUS-em (sprawiedliwości, obrony i spraw wewnętrznych). KRUS wypłaca z kolei 15,7 mld zł (dla 1,33 mln osób), zatem jest to mniej niż 10% całego systemu ubezpieczeń społecznych. W 2011 roku łączna liczba emerytów i rencistów w Polsce wyniosła 9,12 mln osób, czyli ponad 23% ludności kraju (jak widać, jej lwią część stanowi populacja emerytów i rencistów w ZUS).

Uwaga: nowsza wersja publikacji Emerytury i renty w 2012 roku..

I jeszcze, nakładając wszystkie świadczenia na PKB w 2011 roku stwierdzimy łatwo, że 177,3 mld stanowi 11,6% PKB wynoszącego w tym roku 1528,1 mld zł. Taka jest obecnie skala świadczeń i warto mieć tego świadomość - zapewne ten odsetek waha się w poszczególnych latach, ale istotny jest jego orientacyjny poziom.

Skoro już wiemy, jak wielu jest emerytów i rencistów oraz jak wielki przypada im kawałek tortu, warto rzucić okiem, jakie są przeciętne wielkości oraz jaki jest rozkład tych świadczeń. Nie siląc się na dokładną analizę, która byłaby mało czytelna, pokażemy rozkład emerytur wypłacanych 5 milionom emerytów zusowskich.

Tabela zawierająca dane znajduje się w cytowanej wyżej publikacji “Struktura wysokości emerytur…”, na stronie 6. Tutaj umieścimy sporządzony na podstawie tabeli wykres (kliknij, aby powiększyć), ale ograniczony do podstawowej grupy, czyli emerytur - dane brutto (netto to kilkanaście procent mniej):

image

Wykres należy rozumieć w ten sposób, że emerytury w danym przedziale, np. od 1200 do 1400 zł, pobiera 11% emerytów. Emerytury w przedziale 2000-2200 zł pobiera z kolei 8,6% emerytów. Przedziały są 200-złotowe, poza skrajnymi, które ZUS tak akurat określił w swojej tabeli.

Czerwona kreska nałożona na przedział 1800-2000 oznacza średnią arytmetyczną emerytur zusowskich, która w marcu 2013 roku wynosiła 1908 zł. Dla mniej zorientowanych w statystyce, to taka wielkość, gdyby sumę emerytur rozłożyć równo na wszystkich. Z kolei żółta kreska to mediana, wynosząca 1717 zł. To wielkość, która dzieli populację świadczeniobiorców na dwie połowy - połowa ma wyższe emerytury brutto, a połowa niższe. Natomiast kreska zielona to dominanta, czyli wartość występująca najczęściej. Wynosi ona tutaj 1482 zł. Podobnie zresztą wyglądają rozkłady płac i emerytur w innych krajach - to ogólna prawidłowość, że średnia w takich rozkładach jest wyższa niż mediana, a ta wyższa niż dominanta. Średnia to bardziej wskaźnik ekonomiczny, podczas gdy mediana i dominanta, bardziej socjalny w swojej wymowie.

Z wykresu wynika, ze mityczne 800-złotowe emerytury jakoby powszechnie występujące w Polsce pobiera w ZUS zaledwie 6% osób. Powyżej 2000 zł pobiera ponad 38% osób, a powyżej 3000 - prawie 12% osób, czyli co ósma. Renty z obu wymienionych wyżej tytułów są niższe.

A więc wiemy już, jak z grubsza wyglądają wypłaty brutto. Teraz można by jeszcze, dla uzupełnienia tego obrazu, powiedzieć o dynamice emerytur i rent.

Porównałem tutaj lipcowe wielkości pojęcia Przeciętna miesięczna nominalna emerytura i renta brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych oraz Przeciętna miesięczna nominalna emerytura i renta rolników indywidualnych brutto, w okresie 2000-2013, korzystając z cennego skądinąd źródła, jakim jest GUS-owski arkusz zatytułowany Wybrane miesięczne wskaźniki makroekonomiczne.

image

Jak widać, przeciętna renta i emerytura z KRUS wynosi ok. 60-62% średniej pozarolniczej.

I wykres ilustrujący obrazowo dynamikę obu kategorii emerytur:

image

A na koniec ilustracja, jak silnie różnią się emerytury kobiet i mężczyzn - przecież ta różnica była jedną z głównych motywacji dla reformy emerytur (publikacja ZUS, str. 17-18).

  • Średnia emerytura męska wyniosła 2330 zł, kobieca jedynie 1621 zł.
  • Mediana w populacji męskich emerytów wynosi 2132 zł, natomiast w populacji pań - 1499 zł.
  • Dominanta u mężczyzn to 1885 zł, u kobiet jedynie 1382 zł.

Przyczyny tego dramatycznego stanu rzeczy naszkicowałem ostatnio schematycznie we wpisie Trzy razy w plecy. Mam nadzieję, że te dane uzmysłowią wielu osobom, jak bardzo ta reforma była potrzebna.

poniedziałek, 9 września 2013

Trzy razy w plecy

imageCiąg dalszy argumentów za reformą emerytur, przeciwko bezmyślnemu awanturnictwu związków zawodowych i opozycji.
  • Kobieta pracuje w tej chwili nominalnie 7/8 tego czasu pracy, co mężczyzna.
  • Kobieta zarabia jakieś 15% mniej niż mężczyzna (nie chodzi tu o precyzję budowniczego mostu, lecz o istotę problemu), a zatem proporcjonalnie mniej odkłada na emeryturę.
  • Kobieta musi przeżyć na emeryturze o połowę dłużej niż mężczyzna.
Te trzy czynniki zmniejszają zatem razem wielkość emerytury dla kobiet - 7/8 * 85% * 2/3, co równa się plus minus 50%. Kobieta ma w modelu składkowym o połowę niższą emeryturę, a potrzeby przecież nie mniejsze.

W normalnym związku wyższa emerytura mężczyzny i niższa emerytura kobiety są dodawane do siebie i rozdzielane równo w codziennej, wspólnej walce o byt. Gdy mężczyzna umiera, o te 7-8 lat wcześniej niż kobieta, zostaje ona sama z niższą emeryturą, gdyż tej męskiej już zabraknie (nawet jeśli załatwi sobie rentę rodzinną w wysokości 85% renty męża). Zważywszy, że wspólne kiedyś wydatki na dom spadają teraz wyłącznie na nią, a na dodatek jest coraz starsza i słabsza, jej sytuacja materialna - generalnie, życiowa - staje się dramatyczna.

Czy przekonałem teraz choć kilka dalszych osób do akceptacji faktu, że reforma emerytur (przesunięcie wieku emerytalnego) jest słuszna i zbawienna, szczególnie dla kobiet?

Aktualizacja (16.09.2013): różnica płac wynosząca w 2007 roku 15% spadła w ostatnim czasie aż trzykrotnie - Płeć a luka płacowa.

piątek, 6 września 2013

Jak działa ułamek, czyli znowu o emeryturach

W ubiegłorocznej, wiosennej debacie okołoemerytalnej profesor Dariusz Rosati wystąpił z trybuny sejmowej z deklaracją, iż gotów jest wytłumaczyć prezesowi Kaczyńskiemu, jak działa ułamek, ponieważ wcześniej szef PiS twierdził, iż arytmetyka jest znana wszystkim, nawet gdy nie mają nic wspólnego z ekonomią.

imageWprawdzie Jarosław Kaczyński faktycznie ma niewiele wspólnego z ekonomią (ostatnie publiczne wynurzenia na łamach Rzeczpospolitej i podczas Forum w Krynicy świadczą o jego zatrważającej ignorancji w sprawach gospodarczych), ale na arytmetyce też się nie zna (mimo doktoratu z prawa). Popełnił śmieszny błąd, którego nie powinien był popełnić nawet uczeń szkoły podstawowej, a już na pewno gimnazjum - zapomniał, że zmiana wartości ułamka następuje nie tylko wtedy, gdy zmienia się licznik, ale i wtedy, gdy zmienia się mianownik. W trakcie sejmowej filipiki stwierdził stanowczo, że nie jest możliwe, by zmiana liczby przepracowanych lat z 40 na 42 spowodowała u mężczyzn wzrost emerytury o 20%. Zaś w przypadku kobiet, wzrost z 35 na 42 na pewno nie dałby wzrostu emerytury o 70%.

A sprawa jest banalnie prosta. Porównajmy najpierw relację liczby lat pracy i liczby lat na emeryturze u mężczyzn. Obecnie to 40 lat pracy do 15 lat na emeryturze, czyli 2,67. Gdy liczba lat pracy wzrośnie do 42, a tym samym liczba lat na emeryturze spadnie do 13, relacja wyniesie 3,23. Gdy zestawimy obie relacje, ich stosunek wyniesie 3,23/2,66, czyli 1,21, czyli 121%, czyli emerytura wzrośnie o 21%.

A teraz panie. Dziś relacja lat pracy do emerytury wynosi 35/25, czyli 1,4. Po reformie wzrośnie do 42/18, czyli 2,33. Stosunek obu wartości do siebie (2,33/1,4) to 1,67, czyli nastąpi wzrost emerytury o 67%.

Oczywiście nie przeliczałem tego na złotówki (ważne: przyjmujemy tu model składkowy emerytur), a jedynie porównywałem lata pracy i emerytury, przyjąłem określone wartości dalszego trwania życia w wieku 67 lat. To naturalnie trzeba by doprecyzować, poprzeliczać na złotówki, ale jak się wydaje, moje obliczenie pokazuje wyraźnie, jak silnie zmiana mianownika wpływa na wartość późniejszej emerytury.

Za kilka dni (11 września) będą miały miejsce marsze i demonstracje central związkowych, m.in. pod hasłem walki o przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego. Wnoszę zatem ten wkład w publiczną dyskusję, bo najwyraźniej liczby i proste rachunki są ciągle obce wielu politykom i działaczom.

----
I całkiem na marginesie: przyglądałem się ostatnio podręcznikom matematyki do gimnazjum - jestem przekonany, że gdyby ludzie dobrze znali matematykę na poziomie gimnazjalnym, czyli nauczaną w wieku 13-16 lat, byłoby już całkiem nieźle. Każdy pilny gimbus wychodzi ze szkoły z praktyczną wiedzą rachunkową. Niestety, to chyba na razie niedościgłe marzenie.

Takie będą Rzeczypospolite...

Dyskutujemy czasem o edukacji, powołując się na jakże szczytną i mądrą sentencję Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie, autorstwa 16-wiecznego magnata i polityka, Jana Zamoyskiego, którą zawarł w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej. Od co najmniej kilku stuleci pojmujemy zatem znaczenie edukacji, choć pewnie rozumieli to doskonale także starożytni Grecy ze dwa tysiące lat wcześniej. Jednocześnie narzekamy nieustannie na nieefektywne programy nauczania, których skutkiem jest to, że uczniowie prawie niczego nie zapamiętują i prawie niczego nie rozumieją, za to żyją w ciągłym stresie od lekcji do lekcji (brutalnie sformułował to kiedyś prof. Jan Hartman).

imageGotów jestem pójść o dowolny zakład, że jestem w stanie znacznie efektywniej wydać publiczne pieniądze, gdybym tylko takimi dysponował - wystarczyłoby uszczknąć nieco z pieniędzy marnotrawionych na rozmaite widzimisię, ale mających partyjno-polityczne umocowanie.

Otóż mój projekt polegałby na zbudowaniu dostępnych w Internecie, wizualnych pomocy naukowych - filmów i interaktywnych symulacji - dla trzech fundamentalnych dziedzin wiedzy, jakimi są fizyka, chemia i matematyka. Dlaczego one? Nie muszę chyba specjalnie tłumaczyć, że to one zdecydują o przyszłości, a także o pozycji konkurencyjnej Polski w świecie.

Gdyby założyć, że każda z lekcji na przestrzeni kawałka szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum zawiera choć jedną taką pomoc, oznaczałoby to konieczność utworzenia kilku tysięcy prezentacji. Gdyby przyjąć, że zaprojektowanie i wykonanie jednej prezentacji, z użyciem wszystkich niezbędnych urządzeń (np. ciało staczające się po równi pochyłej w fizyce czy zachowanie figur w geometrii), w tym z wykorzystaniem filmów wielkiej rozdzielczości, kosztuje - spod dużego palca - 2 lub 3 tysiące złotych, jestem przekonany, że za 10 mln złotych (śmieszna suma w zestawieniu z wydatkami publicznymi) można zbudować powszechnie dostępne, mające oficjalny certyfikat, atrakcyjne wizualnie i nośne edukacyjnie wirtualne laboratorium, które wyniesie nauczanie na nowy poziom.

A może czyta mnie jakiś multimilioner, który zechce być sponsorem takiego projektu? Zechce stać się współczesnym mecenasem polskiej edukacji, którego imieniem zostanie nazwana biblioteka nowoczesnych pomocy naukowych? Biblioteka Zamojskich, Biblioteka Raczyńskich - jak to pięknie i szlachetnie brzmi. Są chętni? Zapraszam - prwimmer@gmail.com  :-)

----

Całkiem na marginesie - jako współautor podręcznika informatyki dla klas 4-6 (na rynku są już klasy 4 i 5) starałem się właśnie opracować materiały nowocześniejsze w przekazie niż tradycyjne - dostępne online filmy pokazujące pracę z oprogramowaniem i usługami internetowymi.

czwartek, 5 września 2013

Publiczne wydatki na edukację

imageZ danych Banku Światowego, które pokazuje zamieszczony tu wykres za okres 1970-2010, wynika dość interesujący wniosek - publiczne wydatki na edukację mieszczą się w ważniejszych państwach w tunelu 4-6% PKB. Wahają się w czasie (poszczególne lata zobaczysz po przesunięciu kursora nad linie, zaś linię kraju po przesunięciu kursora nad nazwę), ale widać tu wyraźnie podobne wszędzie społeczne preferencje. Trzeba naturalnie pamiętać, ze nie obejmują one wydatków prywatnych, które w niektórych państwach stanowią znaczącą pozycję (w Polsce jeszcze niewielką). Definicja mówi tutaj wyraźnie:

Wydatki publiczne na edukację to bieżące kapitałowe wydatki publiczne na edukację, które obejmują wydatki rządowe na instytucje edukacyjne (państwowe i prywatne), administrację oświaty oraz dopłaty dla podmiotów prywatnych (uczniowie, gospodarstwa domowe i inne podmioty prywatne).

środa, 4 września 2013

Jak wielka jest szara strefa?

imageO istnieniu szarej strefy gospodarczej (grey area, shadow economy, informal economy) wie każdy, zapewne niemal każdy wziął w niej kiedyś czynny udział, wykonując jakąś nieujętą statystykami (i podatkiem) pracę, gdzie płatność była z ręki do ręki. Ostatnio mówiło się o niej nieco w mediach, trochę w alarmistycznym tonie, w kontekście utraconych wpływów budżetowych.

O plusach i minusach szarej strefy rozpisują się specjaliści badający latami to bardzo ciekawe zjawisko ekonomiczne. Ja natomiast chciałbym podsunąć Czytelnikom nieco danych liczbowych, które uzmysłowią skalę i dynamikę szarej strefy, a także nałożyć ją na oficjalne dane o PKB, tworząc porównanie realnych dochodów krajów Unii. Trudno nie wysnuć przy okazji wniosku, że szara strefa absorbuje przynajmniej część bezrobocia - przecież dla wielu osób to jedyna możliwość zarobkowania w dramatycznej sytuacji życiowej. A drugi wniosek jest taki, że szara strefa zauważalnie poprawia relację biedniejszych krajów Unii do bogatszych, gdyż na ogół jest w nich procentowo wyższa. Przykładowo, relacja PKB Polski do Niemiec wynosi w tym zestawieniu 0,53, a po uwzględnieniu szarej strefy obu krajów - już 0,58. Podobnie zresztą Polski do Słowacji - odpowiednio 0,85 i 0,92.

I na koniec tych wstępnych uwag, mały żarcik, ale nie żarcik: przed fizjokratami i tak wszystko było przecież szarą strefą :-)

Źródło danych to dwie prace:

  1. Friedrich Schneider: “The Shadow Economy and Work in the Shadow: What Do We (Not) Know?”, Institute for the Study of Labor. Plik PDF, 54 strony.
  2. Friedrich Schneider, Andreas Buehn, Claudio E. Montenegro: “Shadow Economies All over the World New Estimates for 162 Countries from 1999 to 2007”, The World Bank Development Research Group Poverty and Inequality Team. Plik PDF, 73 strony.

Szacunki obejmują okres 1999-2007. Autorzy wyróżniają trzy grupy krajów:

  • 25 krajów OECD, gdzie średnia wielkość szarej strefy wyniosła w 2007 roku 16,6% PKB - (2), Tabela 3.3.4, str. 24.
  • 21 krajów w okresie transformacji, byłe kraje bloku radzieckiego (w tym Polska), gdzie procent wyniósł w 2007 roku 32,6 - (2). Tabela 3.3.3, str. 23.
  • 88 i 98 krajów rozwijających się, gdzie w 2006 roku procent wyniósł odpowiednio 34,2 i 35,1 - (2). Tabela 3.3.2, str. 21 i 3.3.3, str. 23.

Nas najbardziej interesuje naturalnie Polska i jej relacja do innych krajów Europy i Unii. Pokazuje to np. tabela krajów w okresie transformacji:

image

Jak widać, Polska ma relatywnie niski poziom szarej strefy w swojej grupie, choć to ciągle ponad 1/4 oficjalnej wielkości PKB. Co interesujące, pierwsza praca Schneidera pokazuje tabele i wykresy, z których wynika, że w latach 90-tych poziom szarej strefy na świecie rósł, natomiast po roku 2000 się zmniejszał. Liczby różnią się nieco od podanych wyżej - zapewne dlatego, że zakresy grup są różne.

image

A teraz dodajmy szarą strefę do oficjalnego PKB krajów UE. Sztucznie skleimy PKB z 2012 roku i dane o szarej strefie z 2007 roku, choć zapewne te ostatnie nieco się w kolejnych pięciu latach zmieniły - nie wiemy jednak, jak bardzo, w dobie kryzysu ekonomicznego, który sprzyja patologiom. Nie zmieni to jednak zauważalnie wniosków z tabeli.

Dane posortowane są według kolumny sumującej PKB i szarą strefę.

image

Dane o PKB z zestawienia w CIA The World Factbook - https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/rankorder/2004rank.html.

I jeszcze poglądowy wykres pokazujący proporcje:

image

wtorek, 3 września 2013

Wydatki na zbrojenia

imageWojsko na ogół rajcuje wszystkich chłopców od lat trzech do stu trzech, ale zazwyczaj też mało kto wie, jakie są realne wydatki na zbrojenia, bo ekonomią mało kto się tak pasjonuje. W Google Public Data Explorer znalazłem statystykę ilustrującą udział wydatków wojskowych w Produkcie Krajowym Brutto (dane Banku Światowego). Interaktywny wykres ograniczyłem do lat 1992-2011 - dwie dekady wystarczająco dobrze ilustrują światowe wydatki zbrojeniowe.

Oczywiście to tylko kilkanaście krajów, aby nie zamazywać wykresu nadmiarem danych, ale po kliknięciu Eksploruj dane możesz wejść na stronę wykresu w Google i zmodyfikować go, dodając lub usuwając kraje. Nie uwzględniłem np. Izraela, którego wydatki spadały w tym okresie z 12 do 7%.

Patriotyzm po mojemu

W szkolnych czasach intensywnie uprawiałem rozmaite sporty, przede wszystkim gry zespołowe i lekkoatletykę. We wszystkich międzyszkolnych rozgrywkach dało się zauważyć pewną prawidłowość, którą z ironicznym uśmieszkiem zawsze sobie komentowaliśmy – im gorsza drużyna, tym ładniejszymi strojami szpanowała. Widać była to jakaś głębsza psychologiczna przypadłość, bo dało się ją przenieść także do sfery polityki – im biedniejsze, bardziej zacofane i przygniecione butem państewko, tym fikuśniejsze mundury jego wojskowej i politycznej elity, tym bardziej paradny krok defiladowy jego armii zaprawionej głównie w bojach z własnymi cywilami, a której kompania uciekłaby w popłochu przez plutonem rangersów. Jak coś nie mogło czy nie potrafiło dobrze funkcjonować, to przynajmniej starało się szpanować wyglądem.

imageKtoś kiedyś zauważył słusznie w telewizji, że wszyscy wiedzą, jak się nazywa prezydent Korei Północnej, natomiast prawie nikt nie wie, jak się nazywa prezydent Szwajcarii (i że to akurat wtedy kobieta). A przecież nikt nie nazwie z tego tytułu koreańskiego mordoru państwem ważniejszym czy lepiej funkcjonującym. Marzą mi się czasy, gdy będę żyć w takim kraju, w którym nie muszę codziennie słyszeć w telewizji czy czytać w portalach internetowych, co robił tego dnia premier kraju czy jego ministrowie (a pamiętacie, starsi czytelnicy, gospodarskie wizyty Edwarda Gierka u łódzkich prządek czy śląskich hutników?). Chciałbym, by wszystko funkcjonowało tak normalnie, że nawet nie słychać zgrzytania na zakrętach, że nikt nie musi przy tym wydawać bohaterskich okrzyków, a już szczególnie liczyć padłych przy wykonywaniu swoich obowiązków ofiar.

Nie tak odległy w czasie przypadek polskiego samolotu (kapitan Wrona), który bez jednego złamanego palca i stłuczonego łokcia wylądował awaryjnie na lotnisku, ograniczając się jedynie do zadrapań podwozia, podniecił naszą narodową potrzebę świętowania heroicznych czynów, ale tym razem naturalnej skłonności do podnoszenia zasług bohaterów towarzyszyło niepomierne zdziwienie, że tak dobrze funkcjonowały przy tym ustalone i wyćwiczone procedury, dzięki którym niewątpliwe umiejętności pilota pozwoliły – przy pewnej dozie szczęścia – bezpiecznie usiąść w wylanej na pasie pianie. Bardzo bym chciał, aby – w skali o wiele mniej dramatycznej niż ta – wszystkie sprawy państwowe funkcjonowały na dowolnym jego szczeblu równie normalnie i automatycznie, bo dorobiliśmy się po prostu jasnych procedur wspartych niezbędną infrastrukturą prawną, organizacyjną i techniczną.

No i wsiądę jeszcze na chwilę na swojego ulubionego konika – po prawie dwóch i pół dekadach istnienia w pełni niepodległego i demokratycznego państwa chciałbym wreszcie, by zaczęto realizować najbardziej patriotyczne działania: by udział wydatków na badania naukowe był trzykrotnie wyższy niż dotychczas i dorównał czołowym krajom świata, a metaforycznie rzecz ujmując, by polski, historia i religia, przy całym dla nich szacunku, usunęły się nieco w cień matematyki, fizyki, chemii i biologii. Bo retorta, równia pochyła, trygonometria i podwójna helisa są dziś bardziej patriotyczne od flagi i najgłośniejszych okrzyków wyrażających dozgonne przywiązanie do katolickiej ojczyzny.

poniedziałek, 2 września 2013

Kilka słów o demografii

Demografia to ciekawa dyscyplina wiedzy - dotyka każdego z nas, ale dotyka w zbiorowości, która może być odmienna od indywidualnych doświadczeń. Przytoczmy kilka danych demograficznych, o których zapewne wie stosunkowo niewiele osób, zwłaszcza o danych dotyczących dożywalności (przyda się przed czekającymi nas demonstracjami związkowców, którzy nie chcą “pracować do śmierci”, upowszechniając ten nonsens na transparentach i w wypowiedziach niedouczonych działaczy). Dotyczą 2010 roku:

50 lat dożywa 91,3% M i 96,8% K
55 lat dożywa 86,7% M i 95% K
60 lat dożywa 80,3% M i 92,3% K
65 lat dożywa 72% M i 88,4% K
67 lat dożywa 68,2% M i 86,4% K
70 lat dożywa 61,8% M i 82,9% K
75 lat dożywa 49,6% M i 75% K
80 lat dożywa 35,6% M i 62,3% K
85 lat dożywa 21,4% M i 44% K
90 lat dożywa 9,8% M i 24% K

Te same dane, ale bardziej obrazowo:

image

Źródło: http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/PUBL_lud_trwanie_zycia_2010.pdf, str. 58-60

Zwróćcie uwagę na pogrubione dane - obecny wiek emerytalny dla obu płci i wiek w nowej ustawie. Wieku 67 lat dożywa obecnie 68,2 procent mężczyzn i 86,4 procent kobiet - czyli średnio, w całej populacji, jakieś 78% osób (kobiety są nieco liczniejsze, stąd średnia jest bliżej wieku kobiet). Wieku 65 lat - ok. 81% osób.

A patrząc inaczej, osiągnąwszy 65 lat, polskie kobiety żyją jeszcze średnio 19,2 roku, zaś polscy mężczyźni - 14,8 roku. Mówi o tym wpis Oczekiwana długość życia w wieku 65 lat, gdzie cytowane są dane Eurostatu.

Gdy Bismarck ustanawiał w 1889 roku system emerytalny, mało kto dożywał tego wieku, pewnie nie więcej niż 10-15% osób (nie mam danych historycznych - pewnie dałoby się je gdzieś znaleźć lub wywieść z innych danych statystycznych, ale zajęłoby to sporo czasu). Dzisiaj w Polsce dożywa go 72% mężczyzn, w krajach zachodnich o kilka punktów procentowych więcej.

http://www.wprost.pl/ar/8889/Emerytura-od-Bismarcka/

Tak więc, teza o wymieraniu połowy mężczyzn przed emeryturą i pracy do śmierci nie utrzymuje się w świetle beznamiętnych liczb.

Ale jest jeszcze druga sprawa. Otóż w ciągu ostatnich 20 lat średnia długość życia w Polsce wzrosła o 6 lat, a więc o rok co 3-4 lata. To wynik naszych lokalnych megatrendów - lepsze odżywianie (m. in. masowe jedzenie cytrusów! - teza prof. Zatońskiego), lepszy medyczny poziom opieki zdrowotnej, spadek o 20 punktów procentowych odsetka palących (z 45 do 25 procent), wzrost odsetka uprawiających jakieś ćwiczenia fizyczne z 25 do 75 (dane z Newsweeka, za jednym ośrodków badawczych). Przejmujemy standardy zachodnioeuropejskie, które w skali masowej, w wielkich liczbach, owocują przedłużonym życiem o lepszej jakości.

Bardzo ważna jest konstatacja, że to proces dynamiczny, stale trwający. Za 7 lat, gdy pierwsi mężczyźni będą przechodzić na emeryturę w wieku 67 lat, średni wiek będzie zapewne wyższy o kolejne dwa lata. Nawet biorąc pod uwagę wygasające, asymptotyczne doganianie standardów najwyżej rozwiniętych krajów zachodnich, za 27 lat, gdy pierwsze kobiety przejdą na emeryturę w wieku 67 lat, średnia będzie wyższa o kolejne kilka lat. Zaś w przytoczonych wyżej danych dotyczących odsetka dożywających określonego wieku, każda z liczb będzie o kilka kolejnych punktów procentowych wyższa. W efekcie po upływie jednej generacji człowiek 70-letni będzie równie młody (czy stary, jak kto woli), jak dzisiejszy 65-latek. To realne liczby i obiektywne trendy, a nie "kłamstwo Tuska", jak głoszą mało rozgarnięci ludzie, a zwłaszcza nieznający faktów politycy.

Oświata i wychowanie w liczbach

Liczby są kluczowe i dyskutując o stanie oświaty i wychowania trzeba się w pierwszej mierze opierać na danych statystycznych GUS. W witrynie internetowej GUS publikacjom o edukacji poświęcony jest osobna podstrona ze zbiorem opracowań dostępnych w formacie PDF. Polecam je jako twardą podstawę do wszelkiego typu analiz i dyskusji.

http://stat.gov.pl/gus/edukacja_PLK_HTML.htm

Kluczowa jest tu doroczna publikacja Oświata i wychowanie w roku szkolnym (aktualnie lata 2011-2012) - blisko 500-stronicowa publikacja zawierająca niezbędne dane o fragmencie systemie edukacji, od wychowania przedszkolnego, po szkoły policealne. Z opisu:

Szkoły podstawowe, gimnazja, szkoły ponadgimnazjalne: zasadnicze szkoły zawodowe, technika, licea profilowane, licea ogólnokształcące, szkoły artystyczne, szkoły policealne, szkoły specjalne - dane o szkołach, uczniach, absolwentach, nauczycielach, oddziałach, klasach, pomieszczeniach szkolnych oraz o wychowaniu przedszkolnym i wybranych formach opieki nad dziećmi i młodzieżą.

image

image

Przykładowe dane - publiczne wydatki na oświatę i wychowanie, z budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego. W 2011 roku wyniosły 58,3 mld zł (wielkość zbliżona do publicznych wydatków na ochronę zdrowia), czyli 3,9% PKB. To nominalnie (w cenach bieżących) o 60% więcej niż 8 lat wcześniej, kiedy wydano ok. 35 mld zł, z zachowaniem mniej więcej stałego udziału w PKB w wysokości 4%.

image

niedziela, 1 września 2013

Ile zjadamy, ile oszczędzamy

Poszperałem w Google Public Data Explorer, tym razem w poszukiwaniu danych o podziale PKB na konsumpcję i oszczędności. W danych Banku Światowego znalazłem takie informacje i wynika z nich, że świat oszczędza ok. 20% PKB, Polska i duże gospodarki europejskie tyle samo (18-23), Wlk. Brytania i USA zaledwie 13 i 12%, natomiast Rosja już 30%, zaś Chiny - trudno uwierzyć - 50% PKB.

Feminizacja zawodu nauczycielskiego

W ramach ćwiczeń z obsługi Google Public Data Explorer przyjrzałem się danym dotyczącym feminizacji zawodu nauczycielskiego.
Poniższy interaktywny wykres pokazuje feminizację szkolnictwa podstawowego. Jak widać, jest niemal stuprocentowa w Rosji czy na Ukrainie, bardzo wysoka w eks-demoludach, wysoka w państwach europejskich (także w Polsce, 84%), natomiast poniżej średniej światowej w krajach muzułmańskich, gdzie i tak jednak zawód ten daje jakieś szanse zawodowe dyskryminowanym kobietom, a także ciągle w Chinach i Indiach.