niedziela, 15 lutego 2015

Budzik dla służby zdrowia

Klinika “Budzik”, wymyślona i doprowadzona do szczęśliwego otwarcia przez aktorkę Ewę Błaszczyk, stanęła dwa lata temu na progu bankructwa. Alarm podniesiony przez media spowodował, że nagle zmieniona została wycena usług kliniki przez Narodowy Fundusz Zdrowia i pieniądze się tym samym znalazły.

Zapewne ogromna większość ludzi szczerze kibicowała tej dzielnej i ciężko doświadczonej przez życie kobiecie w jej walce o powstanie kliniki. Cieszymy się z każdego przebudzenia (co kilka miesięcy któreś z dzieci powraca do życia), dostrzegamy znaczenie kliniki dla unikatowej wiedzy medycznej i doświadczenia zatrudnionych tam lekarzy. Ale jak by to nie zabrzmiało, całe to zdarzenie przypomina funkcjonowanie azjatyckich satrapii, gdzie prezydent Uzurpajew otwiera klinikę z okazji urodzin syna, a emir Al-Hulaka uruchamia w swej łaskawości szwalnię, która zatrudni sto Beduinek. Do zmiany zasad wyceny w polskiej klinice doprowadza protest, a nie procedury, jakie powinny obowiązywać w normalnym, ustabilizowanym prawnie i ekonomicznie państwie.

Zręby demokracji można zbudować w dwa lata, względną zamożność osiągnąć w dwie dekady, ale cywilizację buduje się dwie generacje lub dłużej. A cywilizacja to przede wszystkim ramy organizacyjne i prawne oraz działające procedury, a nie doraźne działania wymuszane akcjami społecznymi i medialnymi, choćby w najwyższym stopniu uzasadnionymi moralnością i współczuciem. A także naturalnie mentalność społeczna, ale tu zmiany postępują najwolniej.

Narodowy Fundusz Zdrowia nie dysponuje zaskórniakami uruchamianymi łaskawie przez jej “emirów”. Jeśli przesuwa jakieś środki na jeden cel, to zapewne robi to kosztem innego. A wtedy w grę wchodzi rachunek ekonomiczny, bo naturą i istotą ekonomii jest dokonywanie optymalnych wyborów w warunkach OGRANICZONYCH ŚRODKÓW. Gdyby nie to ograniczenie, nauka ekonomii nie byłaby w ogóle potrzebna. Pamiętam dyskusję w jednym z mediów społecznościowych, gdzie podnoszona była kwestia wyboru celów - tzw. rzadkie choroby kosztują ogromne pieniądze, gdyż Big Pharma musi sobie odbić koszty badań nad lekami, a pacjentów jest na tyle niewielu, że jedna tabletka kosztuje tysiące złotych. Jeśli w ekstremalnych przypadkach leczenie (a raczej ratowanie przed śmiercią) chorego dziecka kosztuje milion złotych rocznie, to wybór jest nie tyle między przeznaczeniem tych pieniędzy na lek, a nieprzeznaczeniem, co między lekiem dla jednego dziecka, a uratowaniem od śmierci dziesięciorga innych, chorych na nowotwory. Nie kwestia solidarności decyduje o wydatkowaniu środków (to byłoby bardzo proste - wydajemy, bo odczuwamy współczucie i solidarność), lecz wybór większego dobra w sytuacji ograniczoności. Nie chciałbym być zresztą w skórze urzędników dokonujących takich wyborów – to nie bezduszne automaty podejmujące decyzje w oparciu o sztywne procedury, lecz żywi ludzie, wrażliwi i współczujący.

Wracając do naszej kliniki, przyznam szczerze, że naturalnemu odruchowi radości, iż została wtedy uratowana, towarzyszyła równie naturalna reakcja duszy ekonomisty. Żaden budżet nie jest z gumy i są tylko dwa sposoby walki o jak największe środki: długofalowy wzrost ekonomiczny dający proporcjonalny wzrost nakładów na zdrowie w ramach tego samego odsetka PKB, oraz zwiększanie samego odsetka PKB (wydajemy jako społeczeństwo mniej niż 7%, gdy Europa Zachodnia 10-12%, a Stany Zjednoczone nawet 18-19%). W krótkim okresie można się jeszcze zapożyczać, ale przecież to tylko czasowe przesunięcie środków. Najzdrowszą metodą jest naturalnie wzrost ekonomiczny, podczas gdy zwiększanie udziału ochrony zdrowia w PKB napotyka naturalny opór, bo wiąże się z większymi składkami zdrowotnymi - wystarczy przypomnieć sobie, jak gwałtowne protesty towarzyszą zwykle sugestiom, że trzeba je podnieść; sam wielokrotnie ścierałem się w Facebooku z ultraliberałami chcącymi redukować publiczne daniny. Jeden dodatkowy punkt procentowy udziału w PKB (np. 6+1) jest równoważny kilkunastu procentom wzrostu nakładów w złotych, co przekłada się na pięć lat wzrostu nakładów po 3 procent rocznie albo z grubsza trzem latom po 5 procent. Jestem bardzo ciekaw zapowiadanych reform, bo obecna niezbyt dobra sytuacja ekonomiczno-organizacyjna służby zdrowia wymusza już radykalne działania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz